POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 12-14

Temat tygodnia

Mateusz Kołczyński

Ministerstwo obrony Misiewicza

Misiewicz jest jak Kloss – zawsze, gdy widz myśli, że zaginął w boju, on znowu nadaje. Co znaczy i jaką rolę w polskiej polityce odgrywa najgłośniejszy podwładny ministra Macierewicza?

Bartłomiej Misiewicz to teraz jeden z najpopularniejszych członków partii Prawo i Sprawiedliwość, jeśli brać pod uwagę częstość pojawiania się związanych z nim tematów w mediach niezależnych od państwa.

Misiewicz – który w ciągu ostatnich kilku lat pełni lub pełnił wiele poważnych funkcji m.in. w radach nadzorczych koncernów z większościowym udziałem państwa, samorządach, resorcie obrony, zespołach parlamentarnych ds. katastrofy smoleńskiej i służb specjalnych oraz w PiS – w marcu skończy 27 lat. Pytany w wywiadach o doświadczenie podkreśla, że z Antonim Macierewiczem („jest dla mnie największym politycznym autorytetem”) jest związany od 9 lat i zdążył się przy nim wiele nauczyć.

Problemy z wizerunkiem

Zwyczaju podbudowywania się charyzmą swych mentorów politycznych Bartłomiej Misiewicz nabrał wcześnie: już w 2006 r., ubiegając się o fotel przewodniczącego samorządu uczniowskiego w warszawskim liceum im. Sienkiewicza, wspominał w autoprezentacji, że jest społecznym asystentem posła Artura Zawiszy. Marzyło mu się – jak sam pisał – aby liceum brało udział w organizacji imprez masowych, np. Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jednak wówczas Misiewicz do samorządu nie wszedł, a w 2007 r. – wobec porażki Artura Zawiszy w przyspieszonych wyborach parlamentarnych – zgłosił się do Antoniego Macierewicza, zaproponował, że będzie społecznym asystentem. Zawisza wspomni go kilka lat później z uśmiechem: mały Macierewicz z niego rośnie. Wcześniej Macierewicz powie Zawiszy, wskazując na Misiewicza: wziąłem od ciebie to, co najlepsze.

Na szkolnym korytarzu wyróżniał się ubiorem, często przychodził w garniturze – pamięta Bartka Elżbieta Wysmołek, dyrektor XII LO im. Sienkiewicza w Warszawie. Był w klasie humanistycznej z rozszerzonym angielskim i geografią, chłopców było w niej tylko kilku. – Powtarzał, że chciałby zostać politykiem. To było jego marzenie – wspomina Olga Gaweł, wychowawczyni.

Młodziutki Misiewicz współorganizował w ramach Klubu Gazety Polskiej spotkania z Macierewiczem. Poseł miał żartować, że trzeba by zapytać rodziców młodego Bartka o zgodę. Nie było z tym kłopotów: Misiewicz w każdym dossier mówił o sobie, że pochodzi z tradycyjnej rodziny o poglądach patriotycznych i kierującej się maksymą „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Ponadto przez kilkanaście lat był ministrantem w kościele św. Krzysztofa na warszawskich Bielanach – dobry życiorys, choć jeszcze krótki.

Dziś Misiewicz w wywiadach opowiada z dumą, że dowiódł swej wierności idolowi politycznemu w najcięższych czasach – kiedy był „brutalnie atakowany za rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych” i potem – podczas rozpętanej przeciw niemu „kampanii nienawiści” związanej z wyjaśnianiem tragedii smoleńskiej.

Nasiąkał od dziecka spiskowymi teoriami Antoniego – mówią dziś o Misiewiczu posłowie opozycji.

Opowiadał o atakach „mediów lewicowo-liberalnych” na rząd, na siebie, na jego ministra – a zatem na obronność kraju. Po wojenną retorykę sięgnął i w październiku 2016 r., gdy prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim sprawdzała po doniesieniach „Newsweeka”, czy Misiewicz rzeczywiście oferował radnym Platformy Obywatelskiej z Bełchatowa posady w spółce państwowej w zamian za wystąpienie z PO. Bohater opowiadał „Gazecie Polskiej”, że to „walka z młodzieżą patriotyczną, próba zablokowania zmiany pokoleniowej”. W grudniu 2016 r., tuż po powrocie z „urlopu wizerunkowego”, przesłał do PAP w imieniu szefa komunikat straszący „Gazetę Wyborczą” sądem: „w związku z (…) prowadzeniem działań dezinformacyjnych mających na celu ochronę aparatu sowieckiego rządzącego w przeszłości Polską (…)”.

Wizytując jednostki wojskowe, oczekiwał od dowódców nieprzynależnych do jego stanowiska oznak szacunku służbowego, takich jak powitanie z honorami przed frontem jednostki, ale korzystał też z chłopięcych atrakcji, jak strzelanie z karabinu czy przejażdżka czołgiem. Niektórzy dowódcy – jak pisała POLITYKA – szybko się w tej nowej grze połapali i była jednostka, gdzie na ulubieńca ministra czekało nawet rzeźbione krzesło tronowe. Zdarzali się jednak oficerowie, którzy nie okazywali ulubieńcowi tyle szacunku, ile oczekiwał. Dąs rzecznika przypłacali stanowiskiem. – Pan Misiewicz potrafił zwalniać przez komórkę z tylnego siedzenia jadącej limuzyny – mówi jeden z generałów, od niedawna poza służbą.

Od kilku tygodni wojenna retoryka zeszła na drugi plan, a słowem najczęściej używanym przez Bartłomieja Misiewicza jest „dezinformacja”. Za pośrednictwem Twittera już zarzucił dezinformowanie kilku generałom odchodzącym z armii, którzy ośmielili się mówić krytycznie o rządach ministra Macierewicza, wytykać mu brak doświadczenia i wykształcenia. W samej partii również panuje stan dezinformacji – publiczne wypowiedzi partyjnych prominentów wykluczają się nawzajem. Nawet ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]