POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 26 (2711) z dnia 2009-06-27; s. 58-59

Kultura

Aneta Kyzioł

Mistrz i łgarz

Rozmowa z prof. Leszkiem Kolankiewiczem, badaczem teatru Jerzego Grotowskiego

Aneta Kyzioł: – Trwa Rok Grotowskiego. Odbyły się już konferencje naukowe w Polsce, we Włoszech, Francji i Stanach Zjednoczonych oraz zjazd reżyserskich gwiazd we Wrocławiu na festiwalu Świat Miejscem Prawdy. Jednocześnie, dziesięć lat po śmierci twórcy, pojawiają się pytania o stan badań nad dziełem Grotowskiego.

Leszek Kolankiewicz: – Rocznice zmuszają raczej do celebry niż do analizy krytycznej, a tymczasem spuścizna po Grotowskim dojrzała do nowej dyskusji. Z różnych stron płyną sygnały, że zmienia się stosunek do dzieła i do postaci Grotowskiego. Jak wiadomo, dziesięć lat po śmierci twórcy mamy kilka ośrodków, które sprawują pieczę nad jego dziedzictwem. W Polsce jest to Instytut im. Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu, w dawnej siedzibie Teatru Laboratorium (notabene rozwiązanego ćwierć wieku temu); we Włoszech, gdzie Grotowski spędził dwanaście ostatnich lat życia, Centro di Lavoro di Jerzy Grotowski e Thomas Richards w Pontederze. Pierwsze pytanie jest o źródła i dostęp do nich. I tu od razu wątpliwość: dlaczego archiwalny spadek po Grotowskim wywieziono – zamiast do Wrocławia – do francuskiego Caen, gdzie w dodatku dostęp do niego został decyzją spadkobierców zastrzeżony? Przecież kto będzie jeździł do Caen – z Polski i nawet z Włoch? Czy chodziło o dalsze reglamentowanie materiałów i kontrolowanie w ten sposób recepcji?

Przykład dał sam Grotowski, który za życia restrykcyjnie kontrolował dostęp do swojego dzieła.

Ta kontrola wynikała chyba z jego charakteru, potrzeby dominacji i panowania nad sprawami. Było to też związane ze skłonnościami gnostyckimi. Grotowski w głębi ducha uważał, że historia to dzieje wcielania się zła i że jakiś obszar wolności zdobywamy tylko wtedy, gdy potrafimy zapanować nad historią, a przynajmniej nad dziejami osobistymi. W dodatku u Grotowskiego gnostyk połączył się z artystą – kimś łatwo ulegającym inflacji „ja” – w efekcie pod koniec życia utrzymywał, że zatriumfował nad historią. Aby ten triumf był pełny, nie tylko zabraniał rejestrować swoje wystąpienia, ale kontrolował publikacje i tłumaczenia swoich tekstów, a nawet publikacje i tłumaczenia książek napisanych przez jego współpracowników.

Pieczę nad swoją spuścizną i jej recepcją sprawuje także po śmierci?

Grotowski sam wybrał sobie mistrza – Konstantina Stanisławskiego (który wówczas już nie żył). Sam też wybrał sobie ucznia – Thomasa Richardsa. Ale to oznaczało chyba, że czyniąc go swoim spadkobiercą, prawnym i duchowym, odebrał mu swobodę wyboru. Pytanie: czy spadkobiercy mogą się buntować, czy nie stają się zakładnikami dziedzictwa? A bunt jest przecież tym elementem kultury Zachodu, który – przynajmniej od czasów romantyzmu, jeśli nie wcześniej – stał się istotnym składnikiem postawy twórczej.

Przyznam się, że ostatnio pogubiłem się w decyzjach spadkobierców Grotowskiego. Film dokumentujący „Akcję” do niedawna mógł być prezentowany tylko i wyłącznie w obecności któregoś z nich: Thomasa Richardsa lub jego najbliższego współpracownika Maria Biaginiego, i tylko osobom imiennie zaproszonym, starannie wyselekcjonowanym, prezentowany z namaszczeniem godnym rytuału religijnego. Tymczasem na wystawie „Performer” w warszawskiej Zachęcie na przełomie lutego i marca nieoczekiwanie te wszystkie obostrzenia zniknęły – film wyświetlano na okrągło dla wszystkich odwiedzających, którzy wchodzili i wychodzili w trakcie projekcji, prowadzili rozmowy telefoniczne, trzaskali drzwiami – ruch tam panował jak na stacji metra. Wydało mi się to popadaniem ze skrajności w skrajność.

Dlaczego spadkobiercy nie uwolnią pism Grotowskiego?

Kiedy po skardze Biaginiego na styczniowej konferencji we Wrocławiu, że brak im czasu i sił, by zająć się tą częścią spuścizny po Grotowskim, powstał pomysł powołania międzynarodowego komitetu, który ustaliłby zasady edycji pism Grotowskiego. Biagini najpierw się ucieszył, po czym zaraz stwierdził autorytatywnie, że należałoby wydać takie a takie teksty. Po co więc komitet specjalistów, skoro z góry wszystko jest wiadome?

Z zewnątrz wygląda to tak, jakby twórczością Grotowskiego zajmowała się stale ta sama grupa – najczęściej przez niego namaszczonych – osób. Stały wydaje się też zakres poruszanych tematów.

Grotowski na przykład narzucił periodyzację swojej twórczości, podział na cztery, wyodrębnione ex post okresy, z których każdy kolejny jest logicznym i nieuchronnym następstwem poprzedniego. W rzeczywistości tak przecież nie bywa. Grotowski, jak każdy z nas, nie znał z góry swojej drogi, szukał jej, błądząc po różnych ścieżkach. Ale ta periodyzacja – przejęta przez historyków – to właśnie przejaw jego zwycięstwa nad historią. W tym ujęciu cokolwiek mu się przytrafiło – śmierć matki, śmierć współpracowników – przytrafiło się po to, aby mógł wzbogacić swoje dzieło. I koniec końców przekazać Thomasowi Richardsowi swój testament duchowy. Chętnie przeczytałbym biografię Grotowskiego, w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Leszek Kolankiewicz – kulturoznawca, antropolog widowisk, dyrektor Instytutu Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Autor książek: „Na drodze do kultury czynnej. O działalności instytutu Grotowskiego Teatr Laboratorium w latach 1970–1977”, „Święty Artaud”, „Samba z bogami. Opowieść antropologiczna” oraz „Dziady. Teatr święta zmarłych”.