POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 5 (5) z dnia 2016-05-11; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 22. Dusza i ciało; s. 22-25

Piękno i seks

Magdalena Strzałkowska

Młodo mi w głowie

Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska o tym, czy warto walczyć z czasem

Magdalena Strzałkowska: – Ludzie współcześni są opętani kultem młodości.
Ewa Woydyłło-Osiatyńska: – I bardzo dobrze.

Dobrze?
Czy kult młodości wyrządza komukolwiek krzywdę? Jeśli jego wyznawcy dyskryminowaliby starsze osoby tylko dlatego, że są starsze, to mielibyśmy do czynienia z ageizmem. Ale ageizm nie wynika z kultu młodości.

A z czego?
Z tego samego, co choćby dyskryminacja czarnoskórych czy kobiet na rynku pracy...

Czyli z przekonania, że osoby białe czy płci męskiej są lepsze.
Nie. Każda dyskryminacja wynika z niedorozwoju humanizmu. A ageizm także z braku wyobraźni – ktoś, kto za młodu odbiera prawa ludziom starszym, nie potrafi uświadomić sobie, że życie jest jazdą po ulicy jednokierunkowej. Przecież osoby dyskryminujące starszych, jeśli same będą żyły długo, z całą pewnością również dojdą do punktu, w którym przestanie im przyświecać gwiazda młodości.

Przestrzeń za furtką

Czy jednak nie jest absurdem, że ludzie chcą być piękni i młodzi na zawsze?
Oczywiście, przychodzą etapy życia, w których biologia wymusza zmiany. Ale wtedy zmieniają się także kryteria młodości. Dla niektórych są one nieczytelne. Takie osoby zaczynają udawać, że są młodsze, niż w rzeczywistości, co sprawia, że stają się śmieszne. Ale zwróćmy uwagę: śmieszne dla innych. Dla nich projekt „mam tyle lat, na ile się oceniam” to cel sam w sobie. I moim zdaniem bardzo korzystny.

Nie zauważam niczego złego w tym, że 55-letnie kobiety chodzą na zumbę, że 68-letni mężczyźni startują w maratonie, że babcie zbierają się w klubach czy w uniwersytetach trzeciego wieku i tam rozmawiają o ikebanie albo o robieniu sushi. W tym nie ma nic, co by im uwłaczało, odbierało godność. Wręcz przeciwnie, to oznacza, że otworzyła się przed nimi furtka, która do niedawna była zamknięta.

Kiedyś granice blokujące zachowania ludzi były niesłychanie rygorystyczne, zwłaszcza dla kobiet. Pięćdziesięciolatka w żadnym razie nie mogła pójść w szortach na deptak plażowy. Chodziły więc w przydługich spódnicach i garsonkach te wcale niestare osoby, ale już nie dziewczyny. Dlaczego to się zmieniło? Ponieważ gdzieś w naszą mentalność i w nasz obyczaj wtargnęła dyktatura młodości. Ona jest ograniczona, bo przecież biologii nie zwycięży. Ale pokonać psychologię może. I to dzięki niej kobiety chodzą z kijkami. Bez kijków już nie mogą dobrze trzymać równowagi, ale dzięki nordic walking się uruchomiły. Moim zdaniem to jest zjawisko bardzo pozytywne. Furtki otworzyły się naprawdę szeroko i wszyscy na tym zyskaliśmy.

I teraz wyprawiamy niesłychane rzeczy z ciałem, żeby ono tylko wydawało się młodsze.
Ja nie widzę takiego zniewolenia kultem młodości, o jakim pani mówi. Jeżeli coś komuś szkodzi, to raczej nieuleganie owemu kultowi. Ktoś np. postanawia sobie: nie będę już malować paznokci ani włączać się w maratony, nie będę wegetarianinem ani cyklistą. Są ludzie, którzy mają w pogardzie doskonalenie jakości życia.

Ale powiedziałam kiedyś i powtórzę, bo wydaje mi się to bardzo ważne: ciało należy traktować jak instrument, którym posługujemy się w życiu, a nie jak ornament, który ma się podobać innym. Jeśli dbamy o to, żeby nasze ciało było sprawne, to przecież je w ten sposób szanujemy, pomagamy mu. Jeżeli ktoś funduje sobie masaże, żeby mieć bardziej sprężyste mięśnie, to tylko ułatwi sobie wchodzenie po schodach.

Proszę zauważyć, że osoba, która wygląda młodziej, uchodzi za bardziej zaradną. Utrzymanie figury wymaga wysiłku i energii, bo przecież w późnym wieku procesy biologiczne są spowolnione. Czy ten wysiłek się opłaca? Oczywiście, że tak. Pomaga zachować zdrowie. Sprawia, że cała aparatura umożliwiająca nam życie funkcjonuje lepiej. A jednocześnie zyskujemy lepszy wygląd. Na dodatek jeżeli ja jestem sprawniejsza, to i życie ze mną będzie dla otoczenia mniejszym obciążeniem. A jeżeli się zaniedbam, to ktoś będzie się musiał mną zajmować. Czyli same korzyści. Są, rzecz jasna, osoby, które niezależnie od swoich zamiarów zostały dotknięte losem i stały się ofiarami, bo straciły zdolność obsługiwania siebie. Nie powiem, że taki rodzaj egzystencji jest niegodny, tylko bardzo, bardzo psychologicznie kosztowny. Dla otoczenia, ale także dla takiego człowieka, bo bycie niesprawnym, nawet jeżeli się ma armię chętnych pomocników, jest obciążone poczuciem może nie winy, ale żalu, pretensji.

Trudno takiej niedoli zapobiec.
Dlaczego? Do pewnego stopnia można. Na ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rozmówczyni jest psychologiem klinicznym i terapeutką w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Ukończyła także historię sztuki i dziennikarstwo. Autorka książek, m.in. „Buty szczęścia”, „Dobra pamięć, zła pamięć” i „Rak duszy. O alkoholizmie”.