POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 30-32

Społeczeństwo

Ewa Wilk

Młodzi, wykształceni, zniesmaczeni

Wykształceni wielkomiejscy nie lubią, by ich nazywać inteligencją. A może ten etos i styl życia to najlepsze, co mieliśmy w naszej tradycji narodowej i historii społecznej?

Piotr Kulas, dr socjologii, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, mógłby z powodzeniem znaleźć się w gronie ponad 70 rozmówców, których wytypował do swoich badań i z którymi przeprowadził wywiady. Stały się one materiałem do wydanej właśnie książki „Inteligenckość zaprzeczona”. Tytuł trafny, bo większość bohaterów tej naukowej peregrynacji – młodzi, w okolicach trzydziestki, pisarze, badacze, wydawcy, redaktorzy, publicyści, aktywiści społeczni (w badaniach anonimowi, ale zwykle rozpoznawalni już dla szerszej publiczności) – z dystansem odnosi się do swej domniemanej inteligenckości, wolałaby tak siebie nie określać. Choć i z klasą średnią, z jej materializmem, dorobkiewiczostwem i karierowiczostwem, też się nie utożsamiają.

Podobne doświadczenie mieliśmy przy okazji niedawnego jubileuszu POLITYKI podczas panelu „Kondycja psychiczna polskiego inteligenta”. Współpracownicy naszego poradnika „Ja My Oni”, inteligenci, co się zowie – prof. Krystyna Skarżyńska, dr Magdalena Kaczmarek, dr Piotr Kaczmarek-Kurczak, dr hab. Wojciech Kulesza – jednomyślnie i ku aplauzowi publiczności (inteligenckiej) wyrazili pogląd, że inteligencja jako warstwa społeczna dawno przeszła do historii i nie ma co wskrzeszać jej mitu, bo wiąże się on z nieuzasadnionym poczuciem wyższości. Oto mamy czasy nowego mieszczaństwa, klasy średniej, rosną zastępy profesjonalistów i ekspertów; jeśli jakaś wyraźna warstwa się z tego wyłania, to można by ją nazwać warstwą specjalistów, lecz nie ma już miejsca w strukturze społecznej dla grupy, która żywiłaby przeświadczenie o swej wyjątkowej ważności i specjalnej misji.

Przedwczesny pogrzeb?

Tak bodaj brzmi najogólniejsza definicja fenomenu inteligencji (polskiej, rosyjskiej, wschodnioeuropejskiej), sformułowana w XIX w. i towarzysząca licznym debatom, jakie inteligencja podejmowała sama nad sobą przez bez mała dwa stulecia, znaczona fundamentalnymi dziełami, jak „Socjologia i historia inteligencji polskiej” Józefa Chałasińskiego (1946 r.) czy „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego (1971 r.). Dyskusje publicystyczne już w III RP, inicjowane m.in. przez „Gazetę Wyborczą”, skłaniały ku wnioskowi, że inteligencja, dokonawszy wraz z robotnikami transformacji ustrojowej, ostatecznie abdykowała ze sceny polskiej historii społecznej.

A jednak. Dr Piotr Kulas podejmował swój zamiar badawczy zainspirowany obserwacją, że sam termin nie zniknął ze współczesnego słownika. Że ważne dziś dla intelektualnej czołówki młodego pokolenia instytucje, jak lewicowa „Krytyka Polityczna”, centrowa „Kultura Liberalna”, prawicowe „Pressje”, jak Ha!art czy Klub Jagielloński, jak odświeżone pokoleniowo „Res Publica” i Znak, to nic innego, tylko inteligenckie formy skupienia; często tytuły znaczących periodyków, a zarazem środowiska. Jeśli dodać do tego ruchy miejskie, stowarzyszenia kulturalne, dziesiątki tysięcy NGO, to ujawnia się jakaś specyficzna społeczna tkanka.

Czy pogrzeb inteligencji nie był więc przedwczesny? Czy nie jest tak, że w kolejnych rocznikach i pokoleniach – paradoksalnie, wbrew niejasnemu poczuciu własnej tożsamości – warstwa inteligencka się odradza? Czy rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia, ów globalny atak postprawdy, politycznej demagogii i populizmu, nie będzie impulsem do wskrzeszenia inteligencji, która poczułaby się ponownie zobowiązana do mówienia donośniejszym głosem?

Prof. Henryk Domański, klasyk w badaniu polskiej struktury społecznej, od lat jest rzecznikiem poglądu o nieuchronnym rozmyciu się inteligencji w nowocześnie rozwarstwionej klasie średniej (udział tzw. profesów, czyli specjalistów, ekspertów, kierowników wyższego szczebla, szacuje na 10–12 proc. społeczeństwa). Twierdzi jednakowoż, że istnieje pewna cecha odróżniająca inteligentów: zawsze byli gorliwymi recenzentami klasy rządzącej, wykazywali największą czujność obywatelską. Ich uprzywilejowana pozycja społeczna, niekoniecznie materialna, ale wynikająca z wiedzy i prestiżu, owszem, prowadziła do poczucia pewnej wyższości, ale też zobowiązywała do aktywności społecznej, życia zaangażowanego. Tzw. etos inteligencki – styl życia, praktyki kulturowe, system wartości – tyleż wynosił ich ponad przeciętność, ile stawał się atrakcyjnym wzorcem i przedmiotem aspiracji dla, nazwijmy je, mas inteligenckich: inżynierów, ekonomistów, kierowników wyższego szczebla, urzędników bankowych, lekarzy, nauczycieli itd. Na etos – niezależnie od zapatrywań światopoglądowych i ideowych – zwykle składały się chęć dzielenia tym, co się ma, działalność pro bono, szerokość horyzontów, przywiązanie do takich wartości, jak egalitaryzm, pluralizm, solidarność społeczna.

Więc w czasach, gdy słowo tradycja robi taką karierę, gdy władza usiłuje wydobyć z narodowej rekwizytorni figury niezłomnych i opowiadać znów sarmacką historię klęsk jako moralnych zwycięstw, może wręcz należy sięgnąć po inny narodowy posag: emancypacji, pracy i służby społecznej. Z lektury wywiadów przeprowadzonych przez dr. Kulasa wynika, że to właściwie się dzieje. Chcąc nie chcąc, młoda inteligencja wyodrębnia się z pejzażu społecznego, choć w wyraźnej opozycji wobec swoich protoplastów, zwłaszcza zaś w ostrej krytyce pokolenia rodziców.

Lista pretensji

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]