Czwartek, 17 maja 2012
Trzy wydarzenia wydawnicze. Dla mnie ogromnie ważne, które jednak jakby nie odbiły się echem. Dwa polskie w Polsce, jedno polskie we Francji. Zacznę od tego ostatniego.
Album Wojtka Korsaka „La Tour Eiffel. Tour et detours” (wydawnictwo Imagolibris). Co to jest Tour Eiffel, wie każdy. Grę słów „tour et detours” przetłumaczyć dość trudno; najbliższe byłoby „dookoła i z boku”, najlepiej jednak rzecz oddaje banalne „z daleka i z bliska”. Dwa wypieszczone tomy. 293 czarno-białe zdjęcia wieży. Ja mam swoją czereśnię. Przyglądam jej się każdego dnia ze wszystkich stron, od dołu, w kadrze okna, w kadrze drzwi, w kwiatach, w liściach, w zimowej nagości. Z Jackiem Mierosławskim nadlatywaliśmy nawet nad nią helikopterem. Ileż ja odkryłem w czereśni i zrozumiałem dzięki niej. Oblicze świata w jego odłamku. Czereśnią Wojtka Korsaka jest w tym albumie wieża Eiffla. We wszelkich porach dnia i roku, wynurzająca się znad dachów, zamykająca perspektywy ulic, przecięta mgłą, w niespodziankach detali... Piękno czereśni, choć wcale nie takie łatwe, jest jednak dość oczywiste. Inaczej z wieżą. Protestując przeciwko jej budowie pisali w 1887 r. w liście zbiorowym do prefekta Paryża m.in. Aleksander Dumas, Karol Garnier, Guy de Maupassant, Sully Prudhomme: „Paryż wzniosłych gotyków, Paryż Jana Goujon, Pilona, Pugeta, Rude’a etc. stanie się Paryżem pana Eiffela. By zrozumieć zasadność naszego oburzenia, wystarczy wyobrazić sobie tylko tę ośmieszającą wieżę panującą nad Paryżem niczym gigantyczny słup czarnego fabrycznego dymu. (...) Będziemy musieli patrzeć, jak na to miasto, drżące niespokojnym geniuszem wieków, kładzie się jak plama atramentu ohydny cień ohydnej kolumny z poskręcanej mutrami blachy... ”. Wojtek Korsak, sublimując swoje kadry „gigantycznego słupa dymu”, nie stawia sobie pytań o urodę. Pokazuje wielość i bogactwo rzeczy. Ze świadomą przekorą wybrał właśnie obiekt do szczętu zbanalizowany, odbity w tysiącach breloczków, replik, w całym kiczu codziennym. Nagle okazuje się, że wcale nie widzieliśmy jeszcze wieży Eiffla. Może nie sama wieża, ale w takim razie jej tajemnica jest piękna. Zatrzymaj się chwilę, nie owiewaj otoczenia spiesznym spojrzeniem zaliczającego turysty. Wypuść ducha z butelki. Czar nie pryska od rozumiejącego spojrzenia, odwrotnie – dopiero się staje. Zachwycił mnie ten album. O jego walorach stricte artystycznych nie mnie się wypowiadać. Jeżeli jednak Francuzi wydają Polakowi luksusowy album o tym, co tak potocznie symboliczne, zazdrośnie paryskie i ichnie, obfotografowane przez tysiące swoich, to doprawdy nie wiem, jaką jeszcze napisać by można recenzję. Chapeau bas!
Mariana Przełęckiego „O rozumności i dobroci” (wydawnictwo Semper). Niezwykła książka. Zacznijmy od tego, że Marian Przełęcki jest logikiem, który międzynarodową sławę zawdzięcza m.in. obowiązkowemu „The Logic of Empirical Theories”. Logika i rozumność – no, jeszcze. Ale co ma logika do dobroci? Tymczasem autor zaskoczy nas jeszcze bardziej. Nie tylko rozważaniami o moralności, ale nawet... analizami wierszy Herberta, Iwaszkiewicza, ba, wieszcza Mickiewicza. Niektóre tytuły rozdziałów: „O błędach logicznych w argumentacji politycznej”, „Problem racjonalności wierzeń religijnych”, „Jak żyć? ”, „Granice obowiązku”, „Sens życia”, „O potędze smaku”, „Postulat ścisłości”. Co daje tu Przełęckiemu logika? To przede wszystkim, do czego służy miotła. Wymiata myślowe i emocjonalne pokrętności i śmieci. W oczyszczonej przestrzeni intelektualnej pozostają pytania rudymentarne i jednocześnie ścisłe. W konsekwencji takież odpowiedzi. Przełęcki nie boi się prostoty. Niektóre z jego konstatacji wydać się nam mogą oczywiste. Tyle że owa „oczywistość” nie pojawia się Deus ex machina. Jest wywiedziona, uzasadniona, a nawet uprzednio przenicowana. Jest wynikiem. Co tam panie w polityce? Proszę bardzo: „Dla polityka ważny jest nie tylko obecny, ale i przyszły obraz społeczeństwa; aby wiedzieć jak działać, musi znać możliwe skutki swoich działań. Chcąc dać odpowiednią diagnozę sytuacji społecznej tak pojętą (z wszystkimi uwikłanymi w niej prognozami), uczony przeprowadzić musi badania, na jakie polityk pozwolić sobie nie może; nie ma na to środków ani czasu. Toteż najczęściej poprzestać musi jedynie na ryzykownych domysłach. Swoje polityczne decyzje opierać musi na niepewnym gruncie. W jego postępowaniu nie ma nic nieracjonalnego, jeżeli tylko świadom jest hipotetycznej natury swoich przekonań i uznaje je ze stopniem pewności odpowiadającym stopniowi ich uzasadnienia. Niestety, w dziedzinie polityki taka postawa bywa bardzo rzadka. (...) Z reguły skłonni są głosić swoje poglądy polityczne ze zbyt wysokim stopniem pewności w porównaniu ze stopniem uzasadnienia tych twierdzeń empirycznych, na których poglądy te są oparte. Ten rodzaj nielogicznoś...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]