POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 46-47

60. Polityka

Moje życie z POLITYKĄ

Poprosiliśmy kilkanaście osób – polityków, naukowców, ludzi kultury i mediów – by zechciały podzielić się z nami refleksją na temat POLITYKI, pisma, które – często – towarzyszy im od kilkudziesięciu lat. Za co je lubią lub nie lubią? Jakie ma dla nich znaczenie? Z czym się kojarzy? Co było w nim ważne kiedyś, a co charakteryzuje je dziś? Wszystkim, którzy podjęli to wyzwanie, bardzo dziękujemy!

Jan Krzysztof Bielecki
były premier RP, obecnie przewodniczący Rady Partnerów EY

W latach 80. moje artykuły ukazywały się stale w zeszytach naukowych Uniwersytetu Gdańskiego lub w drugim obiegu pod pseudonimem. Po raz pierwszy mój tekst popularyzatorski w medium ogólnopolskim wydrukowany został właśnie w POLITYCE w grudniu 1988 r. Geneza artykułu „Nowa przedsiębiorczość” jest interesująca – w tamtych czasach tego typu tekstów ekonomicznych, krytycznych, raczej nie wydawano drukiem oficjalnie. POLITYKA jednak zdecydowała się zamieścić artykuł oparty na referacie wygłoszonym przez mnie wspólnie ze świętej pamięci prof. Janem Majewskim w Gdańsku na Kongresie Liberałów. Trzeba pamiętać o ówczesnych uwarunkowaniach gospodarczych: szalejąca inflacja, niska siła nabywcza złotówki, słabiutka gospodarka. A przede wszystkim o ówczesnej cenzurze i uwarunkowaniach politycznych tamtych czasów. A my w swoim tekście, oprócz obserwacji czysto ekonomicznych, zamieściliśmy i uwagi ustrojowe. Obserwowaliśmy nieprawidłowości ówczesnego systemu gospodarczego i wręcz użyliśmy słowa „patologia”, opisując „sztucznie skonstruowany system” schyłkowego PRL. Zaskoczyło nas, że redakcja przepuściła to stwierdzenie. Tak więc prawie 30 lat temu na łamach POLITYKI, a nie tylko w gronie opozycjonistów, mogliśmy pozwolić sobie na krytykę systemu i państwowych molochów.

Ryszard Bugaj
profesor ekonomii, były przewodniczący Unii Pracy

POLITYKĘ zacząłem czytać bardzo dawno temu. To były wczesne lata 60., a ja byłem uczniem technikum. Właśnie przestałem fascynować się religią i znalazłem się trochę pod wpływem komunistycznej propagandy. Czytałem to, co wypuszczała RSW – POLITYKĘ przede wszystkim. Przesłanie POLITYKI – socjalizm tak, wypaczenia nie – było mi wtedy bliskie. Ale wkrótce znalazłem się na studiach i dołączyłem do „opozycji”, więc linia pisma jawiła mi się jako wielce oportunistyczna. Potem był Marzec i doszedłem do wniosku, że „ta czaszka nigdy już się nie uśmiechnie”. Większość zespołu POLITYKI zachowała się przyzwoicie. Część wsparła jednak linię Rakowskiego – linię uporczywej wiary w reformę komunizmu. Rakowski z przedpokojów różnych sekretarzy przeniósł się potem do gabinetu premiera. Nie był już redaktorem POLITYKI, ale redakcja – niestety – byłemu szefowi jakoś towarzyszyła. A on długo nie chciał Okrągłego Stołu i obiecywał „stół dobrze zastawiony”. Moim zdaniem nie zrozumiał, co się w Polsce wtedy działo. Po przełomie POLITYKA się jednak podniosła. Wprawdzie od 1990 r. zaangażowała się jednostronnie we wsparcie „jedynie słusznej neoliberalnej drogi”, ale od kilku lat – mam wrażenie – narracja jest bardziej pluralistyczna. Lektura POLITYKI zajmuje mi dużo czasu. Nie ze wszystkim się oczywiście zgadzam, ale nie mam poczucia, że tracę czas.

Gunter Hofmann
dziennikarz niemiecki związany z „Die Zeit”

Willy Brandt i Egon Bahr, Helmut Schmidt i Herbert Wehner, czołowi niemieccy politycy socjaldemokratyczni, wcześnie przyzwyczaili się do uważnego wsłuchiwania w to, co pisał „ten Polak” Mieczysław F. Rakowski. Starał się o kontakty w Niemczech i wiele drzwi stanęło przed nim otworem. Owiany legendą „liberalnego reformatora”, rozwiewał lęk przed zbliżeniem. Kanclerz Helmut Schmidt cenił jego trzeźwą szczerość i zapewniał go, że może do niego dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Marion Dönhoff, wydawczyni tygodnika „Die Zeit”, widziała w nim więcej niż kolegę. Dla niej dziennikarstwo nie polegało jedynie na obserwowaniu rzeczywistości, ale także na wypowiadaniu się w żywotnych sprawach narodu. Taką sprawą były relacje polsko-niemieckie. Oboje byli ulepieni z tej samej gliny. Na bońskich socjaldemokratach Rakowski robił wrażenie jak mało kto, ponieważ jako dziennikarz był człowiekiem zaskakująco otwartym. Na początku lat 60. grono teologów, profesorów, dziennikarzy wystąpiło w „Memoriale z Tybinki”, domagając się pełnego dialogu z polskimi sąsiadami i zakończenia zimnej wojny. Potrzebowali do tego partnera w Warszawie – i obok grona akademickich ekspertów takim partnerem stał się Rakowski, jego tygodnik, jego redaktorzy. Respekt budził fakt, że w POLITYCE co jakiś czas ukazywały się felietony Marion Dönhoff, niezmienione i bez skrótów. Genialną formułę w 1963 r. ukuł Egon Bahr: „Zmiana poprzez zbliżenie”. Ułatwiało je to, że niemieccy socjaldemokraci obytego w świecie Rakowskiego szybko zaczęli traktować jak pokrewną duszę – polskiego socjaldemokratę, którego tylko zawirowanie historii popchnęło po wojnie ku komunistom. On sam przyznawał, że jako młody oficer miał na biurku zdjęcie Stalina z fajką i przeżył szok ujawnienia w 1956 r. zbrodni stalinowskich, ale już przedtem zaczął swą pracę doktorską o niemieckiej socjaldemokracji i czuł do niej wyraźną sympatię. Był wolny od antyniemieckich afektów, mimo że Niemcy w 1939 r. rozstrzelali jego ojca. Specjalne relacje łączące Rakowskiego i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]