Piątek, 30 lipca 2010
Nasz niedawny minister edukacji Roman Giertych zwykł mawiać: „Onegdaj, w czasach PRL...” – i tu coś tam przypominał. Wstyd, że minister edukacji nie wiedział i do dziś nie wie, że słowo „onegdaj” znaczy „przedwczoraj”, czyli dwa dni temu. Tylko to i nic więcej. Giertych, z uporem godnym lepszej sprawy, mówi „onegdaj” zamiast „niegdyś”. Tymczasem przestarzałą formą słowa „niegdyś” było zapomniane już „ongi”. To tak na rozgrzewkę, żeby od czegoś zacząć.
Onegdaj zatem, czyli w czasach PRL – że uhonoruję niewyedukowanego ministra edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego – odbywał się coroczny wyścig kolarski, „największa amatorska kolarska impreza świata”, Wyścig Pokoju. Ścigali się sami ślusarze. Dlaczego? Dlatego, że wyścig był dla amatorów i każdy zawodnik musiał być gdzieś oficjalnie zatrudniony, w jakimś zakładzie pracy. Kolarze jednak trenowali cały rok i umieli tylko jeździć na rowerach. Poza tym nic nie umieli. No, ewentualnie jeszcze rozkręcić rower i złożyć. I stąd wszyscy byli z zawodu ślusarzami. Przepraszam! Jeden był lakiernikiem. Chyba Beker.
Polscy ślusarze i lakiernik jeździli w wyścigu ambitnie, ale czasami bez większych sukcesów. I wtedy właśnie wynaleziono nowy typ zwycięzcy. Polski ślusarz wyrywał po starcie ostro do przodu, zyskiwał kilkanaście nawet minut przewagi i... wszyscy słuchali radiowej transmisji z wypiekami na twarzy. Polak jechał pierwszy! I to jak jechał!
Etap miał 160 kilometrów. Nasz ślusarz, jak to się mówi, szedł w trupa przez sto, a potem stawał. Peleton go mijał i 20 minut straty miał chłopak na mecie. Ale wtedy właśnie rozmarzeni sprawozdawcy opowiadali, co by to było, gdyby naszemu nie zabrakło sił. Chciał wygrać, nie dał rady, jednak śmiało chyba możemy go okrzyknąć moralnym zwycięzcą etapu! – krzyczały nam radioodbiorniki.
Mamy rok 2007. Moralni zwycięzcy znów są w modzie, jak niegdyś... przepraszam, jak onegdaj. Tylko ślusarzy nie ma – są sami lakiernicy. Rząd, wsparty przez opozycyjną Platformę, pojechał do Brukseli bić się o pierwiastek. Prezydent Kaczyński osobiście i tak dalej... Nie będziemy na kolanach przyjmować niemieckich warunków! Przegraliśmy ten pierwiastek, przyjęliśmy niemiecką propozycję – nie wiem, czy na kolanach, czy w jakiejś innej pozycji – i ogłosiliśmy, że zostaliśmy moralnymi zwycięzcami w Brukseli.
Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Wystarczy skompromitować się kompletnie i już można odtrąbić victorię! SLD zapowiada ofensywę przed wcześniejszymi wyborami i jako zwycięską twarz stawia przed kamerami siwą, wymiętoszoną, zbitą pupę Leszka Millera. Stoi Miller i zachowuje się jak stara pieprzniczka. Krzyczy: Chcesz się pan ze mną bić, panie Ziobro? To się pan bij ze mną, a nie z moim synem! Nie bądź pan chłystkiem! Bądź pan mężczyzną!
Miller, ten, który sam sobie wykrakał najtragiczniejszy polityczny pogrzeb, teraz prowadzi hufce SLD do zwycięstwa. I znów zaczyna jak mężczyzna i Ziobrę do tego wzywa. Miller, który dwa lata temu krzyczał: Pan jest zerem, panie Ziobro! – teraz każe mu być mężczyzną.
Premier Kaczyński, moralny zwycięzca ostatnich dwóch lat, nagle ma nowy argument. Oto jak silny jest układ, z którym walczy PiS, skoro Kaczmarek – komuch i pezetpeerowiec – przecisnął się przez wszystkie kontrole i został ministrem spraw wewnętrznych!
Panie Premierze! Pan i tak jest świetny. Pan przecież wie, że gdy Pan Bóg stworzył raj, to nie jakiś szeregowy komunista Kaczmarek, ale sam główny Szatan wślizgnął się do raju przebrany za węża. Nawet Pan Bóg nie dał sobie rady z układem. Panu zaś idzie świetnie. Powodzenia.