POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 30-32

Społeczeństwo

Marta Mazuś

Morowe dziewczyny

Są dobrze zorganizowane, niezależne, kochające Ojczyznę i nikt nie będzie im mówił, co mają robić. Tylko niech żaden lewak nie nazywa ich feministkami!

Wydawała się subtelna, wręcz eteryczna, dopóki się nie odezwała. Gdy stanęła na platformie, krzykiem nawoływała do ostatecznego zrzucenia jarzma babilońskiej nierządnicy i wypędzenia z Polski siewców wrogiej ideologii. Przestrzegała – nie można pozwolić, aby przybysze wyrżnęli nas wszystkich w pień, aby islamskie ścierwo niszczyło polski naród. Tymi właśnie słowami, wygłoszonymi we wrześniu 2015 r. na wiecu antyimigranckim we Wrocławiu, Justyna Helcyk, absolwentka chemii pochodząca z Lądka-Zdroju i koordynatorka brygady dolnośląskiej ONR, zapisała się w zbiorowej świadomości jako nowa kobieca twarz narodowego radykalizmu w Polsce. Pod yutubowym nagraniem z jej słynnego przemówienia, w którym zresztą wrocławska prokuratura nie dopatrzyła się nawoływania do nienawiści i na początku maja tego roku śledztwo w sprawie zostało ostatecznie umorzone, do dziś sypią się zachwyty patriotycznej części społeczeństwa. Że taka mądra i charyzmatyczna, prawdziwa Polka, idealny materiał na żonę, i że na całe szczęście coraz więcej pojawia się takich kobiet.

Bo Justyna Helcyk to istotnie zaledwie reprezentantka zjawiska. Młode kobiety ciągną do organizacji nacjonalistycznych już od kilku lat. Coraz bardziej widoczne, zaczynają odgrywać coraz większą rolę. Zapatrzone w międzywojenne myśli Mosdorfa i Dmowskiego pną się w górę po funkcyjnych szczeblach, na marszach niepodległościowych i pikietach przeciwko szkodliwym moralnie treściom zawartym np. w teatralnych przedstawieniach, z dumą dzierżą ozdobione falangami flagi, a od pewnego czasu zaczęły się uniezależniać. Zakładają swoje narodowe organizacje kobiet i spisują własne kobiece postulaty. Żeby, jak mówią, żaden facet nie mówił im, co mają robić. I żeby przełamać w końcu ten fałszywy obraz, wykreowany przez lewacko-liberalne media, że tylko feministki potrafią się zjednoczyć.

Fascynacje

Niektóre ducha narodowego czują już od dzieciństwa. Jak Anna Bryłka, schludna i elegancka absolwentka stosunków międzynarodowych, sekretarzH warszawskich struktur Ruchu Narodowego. Każda opowieść w jej rodzinnym domu rozpoczynała się od pradziadka, który we wrześniu 1939 r. poległ w bitwie nad Bzurą. Albo od drugiego pradziadka, który razem z rodziną został w czasie wojny przesiedlony z Wielkopolski na teren Generalnej Guberni. Anna na wspomnienie tych przejść zawsze ma łzy w oczach. Nigdy nie miała wątpliwości, co jest ważne w życiu – wiara, Ojczyzna oraz patriotyzm. Zacięcie polityczne czuła w sobie od dawna. Gdy w 2015 r. Ruch Narodowy, wspólne dziecko oenerowców i wszechpolaków, stawał się partią, od razu się zapisała.

Inne do tego, co dla nich istotne, docierają powoli. Ziarno zasiewa np. tata, pasjonat historii. I potem już same meandrują w lekturach, aż docierają do międzywojnia, które je oczarowuje. Literatura, historia ruchów narodowych polskich i europejskich, postulaty ONR z 1934 r. Aż w końcu, w trakcie tego szperania następuje olśnienie – na plakacie lub w internecie zauważają, że ONR wciąż działa i coś organizuje. Nie pozostaje im więc nic innego, jak wysłać swoje zgłoszenie. Tak było u Marii Pilarczyk, długowłosej blondynki o słowiańskiej urodzie, która cztery lata temu, jeszcze jako licealistka, rozkręcała oddział ONR w swoim rodzinnym Koninie, a dziś jest studentką I roku biologii i członkiem warszawskiej oenerowskiej brygady.

Dla wielu decydujące znaczenie miało Wydarzenie. Najważniejsze, jakie powinni świętować prawdziwi Polacy. Marsz Niepodległości w Warszawie. Wspólna msza święta, potem przemarsz z flagami ulicami miasta i ten tłum młodych ludzi, śpiewający jednym głosem polski hymn narodowy. Trudno pozostać obojętnym na taką atmosferę, zwłaszcza gdy wcześniej w małej miejscowości chodziło się tak po prostu i skromnie z wieńcami pod pomniki: Adrianna Gąsiorek, 26-letnia absolwentka polonistyki, chodziła w Bielsku-Białej; Aleksandra, tegoroczna maturzystka, w Łomiankach pod Warszawą.

Adrianna już od czasu liceum szukała swojej grupy. Najpierw były rekonstrukcje historyczne, w których odtwarzała rolę Słowianki w czasach wczesnego średniowiecza. Potem chwilowe zainteresowanie Narodowym Odrodzeniem Polski oraz Młodzieżą Wszechpolską, ale nie podobały jej się ówczesne powiązania polityczne tej organizacji z Ligą Polskich Rodzin. I dopiero ten marsz w 2010 r., na który pojechała sama, bez żadnych znajomych, sprawił, że wybrała ONR, jednego z dwóch organizatorów. Spodobało jej się, że tacy są otwarci i wychodzą do ludzi.

Z kolei Aleksandra wybrała Młodzież Wszechpolską, drugiego organizatora. Mimo że do organizacji można dołączać od 16. roku życia, ona chciała to zrobić już jako pełnoletnia. Żeby to była prawdziwie dojrzała decyzja. Gdy na początku tego roku ta chwila wreszcie nadeszła, została zaprzysiężona na oficjalnego członka. Zawsze miała bardzo ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]