POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 32 (2310) z dnia 2001-08-11; s. 76-77

Społeczeństwo / Obyczaje

Agnieszka Niezgoda

Może kiedyś zginę

Pierwsza w Polsce ofiara skoków bungy

W skwarną lipcową niedzielę 25-letni Piotrek przyszedł z kościoła do domu, zjadł obiad i pobiegł na spotkanie z kolegą. Za godzinę wracam! – krzyknął z samochodu do babci Reginy. Z zawodu tapicer, z zamiłowania paralotniarz i skoczek chwilę potem skoczył dwukrotnie na taśmie tapicerskiej z 30-metrowego mostu w pobliskiej Świnnej Porębie pod Wadowicami. Za drugim razem taśma pękła, Piotr zginął na miejscu.

Wakacyjny sezon sportów ekstremalnych tego lata zapisze się w ich historii czarną literą – pierwszą ofiarą śmiertelną skoków na linie w Polsce. W czerwcu we Francji na ziemię runęła skacząca para, 22-letnia dziewczyna zginęła, chłopak w stanie ciężkim trafił do szpitala. Organizatorzy prawdopodobnie błędnie dopasowali linę do wagi wspólnie lecącej dwójki. Poprzedni groźny wypadek wydarzył się w 1997 r. – skacząca z dźwigu w Sopocie kobieta uderzyła głową o ziemię. Przeżyła, ale z przetrąconym kręgosłupem. Instruktor używał sprzętu bez atestu. Pierwszą w ogóle ofiarą bungy, którą podają w Internecie skoczkowie, był najpewniej w 1990 r. 19-letni Thomas z Nowej Zelandii. Instruktor popalał na dźwigu trawkę i źle chłopca przymocował.

Znane dotąd wypadki na bungy rzadko jednak miały tak tragicznie absurdalną przyczynę – użycie materiału, który nadaje się do wzmacniania wersalki. – Była to taśma tapicerska o szerokości 6 cm, zrobiona po części z gumy i z materiału. Przywiązana została po obu stronach mostu, chłopiec skakał na tzw. wahadło, leciał pod mostem. Na sobie miał domowej roboty uprząż. Za drugim razem taśma pękła ok. 5 m poniżej mostu – mówi Janusz Barcik, zastępca komendanta policji w Wadowicach.

Pasowało mu powietrze

O 25-letnim Piotrku sąsiedzi z rodzinnego Zakrzowa mówią to, co zwykle mówi się o zmarłych, którzy nikomu poza samym sobą niczego złego nie zrobili: grzeczny, lubiany, chodził do kościoła. Ministrant, potem kościelny lektor, ochotnik w straży pożarnej. Niewiele wskazywało, że zginie z miłości do ryzyka. Wychowywany był z młodszą siostrą przez samotną mamę i babcię. Skończył liceum w sąsiednim Makowie, zamiast na studia, poszedł do wojska. – Mówił, że nie ciągnie go do siedzenia w papierkach. I pieniędzy nie było – wspomina babcia Regina, opłakująca stratę najstarszego z jedenaściorga wnucząt. W niewielkiej kuchni na stole otwiera album ze zdjęciami. Wesoły maluch jedzie z mamą zakopiańską bryczką, stronę dalej smukły blondyn tańczy na studniówce, na kanapie z babcią i kuzynami świętuje powołanie do służby. – Tak mu się w wojsku w Kaliszu i w Gdańsku spodobało, że chciał zostać – opowiada babcia Regina. – Ale dziadek odradzał, bo po co całe życie na baczność stać?

W Zakrzowie i okolicy aż roi się od stolarzy i tapicerów, taka tu tradycja. Więc Piotrek wyszkolił się na tapicera i łapał prace w prywatnych zakładach. – Po powrocie z wojska to mu już tylko powietrze pasowało – zasępia się na podwórku sołtys Henryk Żmija i pokazuje na okoliczną górkę, na której Piotrek uczył się latać paralotnią.

W domowym albumie jest fotografia żółto-niebieskiej paralotni, która zachwyconego chłopca podrywa do lotu. Sąsiedzi pamiętają, jak w okolicach Bożego Ciała wyszła kobiecina w pole pracować przy burakach i aż w nich przysiadła, bo jej z nieba sam Pan Jezus leciał i pozdrawiał: „Szczęść Boże”. – Piotruś dowcipny był – szlocha babcia Regina. Dziś paralotnia leży zamknięta w komórce i czeka, aż rodzina ją spali.

W albumie są też zdjęcia, na które trudno dziś babci Reginie patrzeć: zwieszony głową w dół wnuczek buja się pod mostem na linie, dopiero co skoczył na bungy. Rodzina pamięta, że na bungy pierwszy raz leciał z dźwigu w Krakowie. Narzeczona nie dzieliła jego powietrznej pasji. – Psioczyliśmy na to latanie, to się nim nie chwalił – mówi babcia Regina. – Powtarzałam mu: na ziemi się urodziłeś, to na ziemi żyj. A on ciągle, raz z tym, raz z tamtym kolegą biegał na górki i mosty.

Wiadomo, że Piotrek skakał w Świnnej Porębie już w sobotę. Prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy wypróbował taśmę tapicerską. – Wieczorem buzia mu się nie zamykała, taki był ucieszony – pamięta babcia Regina. – Opowiadał, że skoczył 10 razy. Że byli przyjezdni ludzie i też skakali, że sprawdziła ich policja, a jego na szczęście nie.

Kontrolujemy czasem skaczących z mostu. Chyba właśnie w sobotę była na nim zorganizowana grupa z atestowanym sprzętem, z licencją – przyznaje Janusz Barcik z wadowickiej policji.

W niedzielę na moście było pusto. Piotrek spakował z kolegą do samochodu taśmę i paralotnię. Najpierw chciał poskakać, potem – polatać. Kolega nie skoczył ani w sobotę, ani w niedzielę, choć ponoć planował. – Przy drugim skoku Piotrka czekał i czekał, a tu nic – mówią policjanci. –...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]