POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 20-23

Rozmowy Żakowskiego

Jacek Żakowski

Musi być temperatura

Mariusz Walter, współtwórca obchodzącej 20-lecie stacji TVN, o jej początkach, ludziach, programach oraz o tym, czym ta telewizja miała być, a czym jest

Jacek Żakowski: – Siedzi pan w Hiszpanii na urlopie, ogląda pan swoje telewizyjne dziecko na ekranie i co pan sobie myśli?
Mariusz Walter: – Myślę, że nam się udało. Ale to nie jest tylko moje dziecko. To jest też dziecko Janka Wejcherta. On beze mnie nie zrobiłby telewizji. Ale ja bez niego też bym nie dokonał tego przedsięwzięcia. Bo to był Desperado.

Czyli to dziecko ma dwóch heteroseksualnych ojców, więc od poczęcia jest cudem natury.
Jest jeszcze trzeci ojciec – Bruno Valsangiacomo. On co prawda dołączył do nas później, ale na samym początku odegrał ważną rolę. Był dyrektorem Paribas w Zurychu, kiedy w 1984 r. Janek zostawił mnie na ławeczce przy Banhoffstrasse, a sam poszedł do niego pożyczyć 24 tys. franków na pierwszą w Polsce automatyczną linię produkującą chipsy.

I się udało?
Jak diabli. Kiedy postawiliśmy tę linię, okazało się, że w Polsce nie ma folii spożywczej. Jak do Supersamu trafiła pierwsza partia, to ludzie, próbując się dostać do chipsów, jeden koniec torebki trzymali zębami, a drugi oburącz szarpali, żeby rozerwać folię.

Jechaliście do Zurychu specjalnie pożyczyć 24 tys. franków, czyli dzisiejsze 100 tys. zł?
Ja prawie nic nie miałem. Kiedy w stanie wojennym zatrzymano mnie na bramie do TVP, mój przypadkowy partner z kortów tenisowych przyszedł do mnie piechotą przez pół miasta, żeby zapytać, czybym nie dołączył do firmy Konsuprod, którą prowadził.

To była firma producencka?
Produkowali w Bielsku spoilery samochodowe i importowali pasze.

Jak dwóch facetów musi na biznes pożyczyć 100 tys. zł, to nie są zamożni.
My z Konsuprodu wyszliśmy z dziurawą renówką. Bo główny inwestor, daleki wujek Janka z Niemiec, któregoś wieczoru rzucił złotą myśl, że „jak dwóch zarządza, to się można dogadać, a trzech to raczej na pewno nie”. Chodziło o mnie. Wziąłem Janka na spacer i powiedziałem, żebyśmy założyli coś swojego. Janek się opierał, aż wujek sprowadzoną do Polski czekoladę trzymał gdzieś tak długo, że stężała na kość, i poradził nam kupić tarki do bułki, żeby zrobić z tego „tortowy pył czekoladowy”. Wtedy Janek wziął mnie na spacer do podwarszawskiego lasu, podniósł mi pensję ze stu na 120 dol. i powiedział, że gotów jest na założenie firmy.

To już było ITI?
To już zmierzało do ITI. Ale mieliśmy wszystkiego 10 tys. dol. z wypłaty od wuja dla Janka za wieloletnią współpracę.

Wtedy pojechaliście po tę pożyczkę na chipsy?
Wtedy uznaliśmy, że musimy daleko od Polski znaleźć Polonusa, który w nas zainwestuje. Osobno we wszystkich możliwych gazetach polonijnych szukaliśmy wzmianki o człowieku niestarym, możliwie zasobnym, ale nie wielkim bogaczu. I obu nam wpadł w oko Henryk Syriatowicz z Melbourne – agencja turystyczna z wieloma filiami w Australii. Odpisał, że jest zainteresowany, ale musi nas poznać. Za co tam polecieć? Podzieliliśmy się zagranicznymi liniami, które odwiedzimy. Spotykaliśmy się co dzień z nietęgimi minami. Aż trafiłem na znakomitego człowieka w KLM. Miał biuro przy MDM. Po 15 min wyszedłem z biletami w tę i z powrotem dla nas obu.

Za darmo?
Obiecywaliśmy, że w przyszłości zorganizujemy w hotelach tablice informacyjne o ich możliwościach. I po wielu latach rzeczywiście znalazła się na hotelu Forum taka duża tablica, która wyświetlała również reklamy KLM. A kiedy Henryk Syriatowicz już do nas formalnie dołączył i sprostał pierwszym zasadniczym kosztom inwestycji, powstała niedopłata na tę linię chipsów ziemniaczanych. Stąd wizyta u Bruna w Zurychu. A cztery lata później Bruno spotkał się z nami i powiedział, że w banku jest piekielnie nudno, a on widzi nasze ruchy na polskim rynku i chciałby do nas dołączyć.

Szukaliście czwartego wspólnika?
Niestety, Henryk po ciężkiej chorobie zmarł, pozostawiając swoje udziały w firmie. Bruno mógł objąć wtedy jego miejsce. I ruszył do roboty z zapałem i wiedzą dobrze wykształconego zachodniego finansisty, bankowca, który nawet dziś patrzy na Polskę z podziwem.

To mu zazdroszczę.
Ja też.

I to już był wreszcie ITI?
Janek ze swoją drugą żoną, wracając od Henryka z którejś z pierwszych podróży do Melbourne, wymyślili tę nazwę trochę na wyrost – International Trade and Investments.

Jak Universal Exports – pewnie oglądali Bonda w samolocie.
Chyba nie pytałem. Ale mieliśmy też ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]