POLITYKA

Wtorek, 19 września 2017

Polityka - nr 20 (2452) z dnia 2004-05-15; s. 70-72

Kultura / Moda na folk

Dorota Szwarcman

Muzyka ze wsi Warszawa

Nie ma rady, folk jest skazany na sukces: na świecie zainteresowanie nim ciągle rośnie, a my przecież lubimy naśladować zagranicę. Może przy okazji uda nam się odnaleźć samych siebie?

1 maja w Belfaście, na wielkim koncercie plenerowym laureatów nagród programu BBC3 w dziedzinie world music, wystąpiła Kapela Ze Wsi Warszawa – zespół, który zwyciężył w kategorii, nomen omen, newcomers (przybysze).

W Polsce nazwalibyśmy ten zespół folkowym. Anglicy, by się za bardzo ten gatunek muzyki nie kojarzył z ludowym (co dosłownie znaczy), wymyślili pojemny termin world music. W Polsce jest on tłumaczony jako „muzyka świata”, co brzmi bardzo egzotycznie i tak też się kojarzy. O polskiej muzyce ludowej zaś, takiej autentycznej, uprawianej przez ostatnich muzykantów wiejskich i ich miejskich kontynuatorów, mówi się tradycyjna (albo z angielska roots – korzenie).

Z terminologią w dziedzinie okołofolkowej jest w ogóle niezły bałagan. Istnieje jeszcze na przykład muzyka etniczna (etno), która – według Marii Baliszewskiej, kierującej Radiowym Centrum Kultury Ludowej (RCKL) – w Polsce w zasadzie nie występuje, ponieważ mając specyficzne cechy, które ją odróżniają od muzyki innych narodów, niekoniecznie jest muzyką ludową (jak japońskie dworskie gagaku czy hinduska raga). A liczba przydomków dodawanych do terminu folk jest doprawdy przesadna: są ballady folkowe i jest disco folk, jazz folk i rock folk, a także oczywiście pop folk.

Dzisiejszy świat muzyki folkowej łączy coraz więcej rozmaitych tendencji już nie tylko na zasadzie prowokacyjnych zderzeń, ale także harmonijnej syntezy. Same zespoły także wymyślają sobie różne śmieszne słówka: wspomniana Kapela Ze Wsi Warszawa (na zagranicę: Warsaw Village Band) określa swój styl gry – jak podaje się na stronie internetowej BBC3 – jako hardcore folk lub biotechno. – Te wszystkie terminy nie mają żadnego znaczenia, służą tylko marketingowi – mówi Włodzimierz Kleszcz z RCKL. Kilka lat temu z olbrzymim sukcesem zestawił na sposób postmodernistyczny – podobnie jak Manfred Eicher z wytwórni ECM, który pożenił saksofon Jana Garbarka ze śpiewem Hilliard Ensemble – dwa skrajnie różne światy: góralskich Trebuniów-Tutków i jamajskich Twinkle Brothers. No i jak taki zestaw nazwać?

Folk to już od dawna nie tyle muzyka ludowa, co jedna z form ekspresji młodych, dla której inspiracją są ludowe motywy. To bardzo pojemny worek, w którym mieści się wszystko: instrumenty ludowe i syntezatory, śpiew białym głosem i wzmocnienie elektroakustyczne, nawiązania do muzyki dawnej i do rocka – razem i osobno. Jak tam komu w duszy gra.

A gra coraz częściej. W ostatniej dekadzie powstało około setki nowych zespołów, choć – uczciwie mówiąc – niektóre z nich to nowe konfiguracje tych samych nazwisk; podobnie jak dzieje się to w polskim wykonawstwie muzyki dawnej. Jednak dla obserwatorów tej sceny widoczny jest znaczący wzrost poziomu artystycznych produkcji. I o ile w 1995 r. na Międzynarodowy Festiwal Folkowy Europejskiej Unii Radiowej, który po raz pierwszy odbył się w Polsce, w Zakopanem (przy Festiwalu Folkloru Ziem Górskich), Maria Baliszewska miała kłopot z wyborem dwóch polskich formacji, to z pewnością takiego problemu nie będzie w roku przyszłym, gdy festiwal zawita do Gdańska.

Polscy muzycy folkowi zaczęli odnosić sukcesy na całym świecie. The Cracow Klezmer Band nagrywa płyty w ekskluzywnej wytwórni Johna Zorna Tzadik, Kroke od dawna wydaje płyty w Niemczech, a ostatnią, z Nigelem Kennedym, wydało EMI; Maria Pomianowska, twórczyni formacji Raga Sangit i Zespołu Polskiego, w ostatnich latach, zresztą jako polska ambasadorowa w Japonii, muzykowała nie tylko z cesarzową, ale i ze słynnym wiolonczelistą Yo-Yo Ma.

Problem sprzed dziesięciu lat nie polegał na tym, że polscy folkowcy nie istnieli, tylko na tym, że nie grali muzyki polskiej, lecz raczej celtycką lub andyjską. Celtyckie granie wciąż jest w Polsce lubiane, jest wiele zespołów, które od lat robią to bardzo przyzwoicie (jak Open Folk lub Shannon), są wciąż popularne festiwale, na przykład w Dowspudzie. Od lat liczne grono sympatyków miało też w Polsce country czy blues (wystarczy przypomnieć tłumy na Picnick Country w Mrągowie czy licznych bluesowych festiwalach).

Cały ów nurt rozwinął się w latach 80. – miłość do ogólnie pojętej kultury anglosaskiej i amerykańskiej służyła wówczas oderwaniu od szarego życia w PRL. Pociągała nas też wszelka egzotyka. To, co słowiańskie, było mniej atrakcyjne, ponieważ kojarzyło się ze światem z naszej strony żelaznej kurtyny.

Dziś słowiańska muzyka tradycyjna staje się w świecie folkowym coraz bardziej modna. Ta zmiana dokonała się dzięki dwóm silnym bodźcom.

Jednym było pojawienie się i stopniowy rozwój nurtu powrotu do korzeni, do naturalności, do źródeł – wywodzącego się po trosze z&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]