POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 16 (2551) z dnia 2006-04-22; s. 116-121

Na własne oczy

Witold Pawłowski

Na lwy by

Z Europy leci się do Dar es Salaam, stolicy Tanzanii, 10 godzin. Z Dar do Ruahy jedzie dwa dni. Po drodze czas się cofa, jakby zwijał się film. Na końcu czeka rajski ogród.

Afryka to skrajne doświadczenie nawet dla umiarkowanego alterglobalisty. Czy to moralne płacić za dobę w parku ze zwierzętami tyle, za ile wielu miejscowych mogłoby się utrzymać przez trzy miesiące? I kto tu jest okazem do oglądania? Czy nie przypadkiem ty – mzungu – biały w swojej klatce z napędem na cztery koła? Nieustannie obserwowany przez wszystkich naokoło, a szczególnie przez tych, którzy mają coś do sprzedania: orzeszki, mapę, napoje, elektryczną packę na muchy, koc, białą koszulę z Chin, kolbę kukurydzy. Wiadomo, każdy mzungu ma pieniądze, inaczej by go tu nie było.

W żargonie agencji podróży nazywa się to turystyka fotograficzna, co dodatkowo opisuje absurdalność sytuacji. Dla kilku fotek tłuc się godzinami w trzęsącym Land-roverze, w kraju, który właśnie ogłosił światu, że 3,5 mln ludzi pilnie potrzebuje dożywiania po trwającej trzy lata wyniszczającej suszy. To jeszcze nie jest alert: uwaga – głód! Taki jak w Somalii lub Sudanie, pokazywany w telewizji, temat zdjęć wygrywających w World Press Photo. To żółte migające światło, że mocno naruszona została równowaga. Nie są w stanie utrzymać się sami, nie odłożą ziarna na siew, nie odbudują zapasów, a gdy przyjdzie choroba, do suszy dojdzie jeszcze jedno nieszczęście, mogą się posypać tysiącami. To wyścig z czasem. Aby zasypać tę dziurę, przyjść z pomocą, trzeba się wyrobić najpóźniej w trzy miesiące. Inaczej zapali się światło czerwone.

Z tym fotografowaniem jest tak, że ludzie opędzają się i domagają pieniędzy. Tylko zwierzęta są opłacone z góry. Skoro mzungu robi zdjęcia, to musi być dla niego towar. Więc niech płaci. Nawet młody chłopak, który przeprawiał rower środkiem rwącej rzeki, wrócił później na drugą stronę, aby się upomnieć o zapłatę. Szybko przybywa tu telefonów komórkowych, przyszła też moda na aparaty fotograficzne. I bywa często, że to mzungu cierpliwie pozuje miejscowym na plaży, w muzeum, gdzieś po drodze przy kolejnym postoju.

Susza w morzu zieleni

Dziwna pora roku: zielona susza. Niby deszczowa, ale jakaś pomieszana, widać z efektem cieplarnianym. Pada z przerwami i za mało. Wystarczy na tyle, by suche rzeki zapełniły się na moment; żeby jednak woda dotarła w głąb, przebiła się przez czerwoną glinę, zasiliła studnie, potrzeba miesiąca oberwania chmury.

Ale i od tych paru kropli po trzech dniach robi się zielono. To znaczy – od razu robi się morze zieleni. Pod tym słońcem wszystko jest większe – nasze roślinki to tutaj drzewa. Soczystsze są kolory, wyraźniejsze uczucia, większe przestrzenie, insekty, choroby, nieszczęścia oraz determinacja – niezbędna, żeby jakoś przetrwać kolejny dzień. Prasa apeluje, żeby korzystać z wody, która jest. Siać, sadzić, wykorzystywać każdy skrawek.

Takie susze przychodzą mniej więcej co 10 lat, więc to nic nowego. Szczególnie sucho jest w rejonie Arushy, Dodomy, Tabory i Kilimandżaro. Inny pas interioru jest już nieźle nawodniony, a plony zbiera się nawet trzy razy w roku. Może jedni mogliby pomóc drugim – rzuca myśl Peter Msungu w miejscowym „Guardianie”, w artykule „Czy kiedykolwiek będziemy przygotowani?”. Ale chyba właśnie kwestia przewidywania, planowania jutra to ciągle największy wróg wspólnych działań. Dziś to dziś, a jutro to oddzielny i odległy rozdział.

I tak ze wszystkim. Jeśli już jest asfalt, to powinien wpędzać w kompleksy polskich drogowców, ale ma też miejscową wersję: z dziurami w afrykańskiej skali, czyli nie da się ominąć, trzeba dołować. Taka nawierzchnia nagle przechodzi w czerwony, utwardzony trakt. Środkiem dwie nitki na rozstaw kół, po bokach dziury. W wersji nieutwardzonej już przy średnim deszczu pojawiają się przepaściste koleiny. Na poprzeczne jedynym lekarstwem jest odpowiednia prędkość, wtedy trochę mniej trzęsie. Jedyny sposób na podłużne – próba slalomu.

Takimi trasami suną ekspresowe autobusy do Aruszy i dalej do Kenii, tiry z Zambii, a w tym gąszczu ścigają się minibusiki dala-dala. Chodzi o to, kto komu zgarnie sprzed nosa pasażerów z następnego przystanku. Obok siebie funkcjonują niezależnie różne odmiany Afryki; wyspowa wielkomiejska, która urywa się jeszcze daleko przed rogatkami, żywiołowa miasteczkowa, zajęta drobnym rzemiosłem, handlem, oraz senne wioski, bez światła, z glinianymi obejściami i ludźmi pochowanymi w cieniu.

Milionowa Arusha to brama do dwóch słynnych północnych parków narodowych: Serengeti i Ngorongoro. Łatwiej tu, jak i na Kilimandżaro, dotrzeć z kenijskiej Mombasy. Znane z telewizji Serengeti to safari przemysłowe; można z agencją podpisać umowę, że gwarantuje wielką piątkę: lwa, słonia, bawoła, geparda i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]