POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 10 (3101) z dnia 2017-03-08; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Ludwik Dorn

Ludwik Dorn

Na przekór dobrym radom

Trwa festiwal doradzania opozycji, w jaki sposób ma sobie radzić z PiS teraz i jak potem pokonać tę partię w wyborach. Ja też zajmę się opozycją i udzielaniem jej rad.

Dobre rady zgłaszane zewsząd są dwie: żeby partie opozycyjne wspólnie podjęły pracę nad wizją Polski popisowskiej i żeby zadeklarowały, że jakby co, to one wejdą w koalicję wyborczą. Otóż uważam, że jeśli partie opozycyjne pójdą za tymi dobrymi radami, to zrobią sobie (a przy okazji tym wyborcom, którzy chcą odsunąć PiS od władzy) raczej źle niż raczej dobrze. Odmiennie bowiem niż zwolennicy wspólnej wizji i wspólnej listy postrzegam warunki brzegowe zwycięstwa nie-PiS nad PiS.

Jeśli pominąć wyjątkową sytuację z wyborów w 2007 r., kiedy to wyłoniły się zręby nowego podziału politycznego Polski, to analizując wyniki sondaży i kolejnych wyborów, można oszacować, że „hardcorowe” elektoraty PiS i najpierw Platformy Obywatelskiej, a od 2015 r. PO i Nowoczesnej są mniej więcej równoliczne. Każdy z nich wynosi ok. 30 proc. Nie widać żadnego powodu do ich przyrostu. Natomiast o zwycięstwie decyduje zdolność do przyciągnięcia 8–10-proc. nadwyżki. W 2011 i 2015 r. tę nadwyżkę przyciągała obietnica sterowania strumieniami finansowymi. Tę funkcję w koncepcji PO pełniły w 2011 r. fundusze europejskie (przypominam kuriozalne, ale chwytliwe hasło: „Nie robimy polityki, budujemy Polskę”), a w koncepcji PiS w 2015 r. – zwiększenie transferów socjalnych (przede wszystkim 500+). Innym czynnikiem przesądzającym o odsunięciu PiS od władzy jest wyborcza efektywność PSL i lewicy, które zagrożone są nieprzebiciem się przez 5-proc. próg wyborczy.

Jest oczywiste, że w wyborach w 2019 r. obietnice związane z przesterowaniem strumieni finansowych nie odegrają większej roli. W nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej funduszy dla Polski będzie dużo mniej, a w dziedzinie redystrybucji dochodu narodowego PiS dojdzie do ściany, a może nawet, ze złymi skutkami dla gospodarki, przez nią się przebije.

Magnesem przyciągającym niezdeterminowaną nadwyżkę wyborczą w 2019 r. może być tylko uwiarygodniona obietnica likwidacji największego deficytu, który PiS z zapałem tworzy. A jest to deficyt poczucia bezpieczeństwa, stabilności, przewidywalności i minimalizacji ryzyka. To kwestia w Polsce pierwszorzędna, bo po niedobrych doświadczeniach ostatnich ponad 200 lat polskie społeczeństwo ma utrwalone nastawienie lękowe. PiS wypowiedział wojnę III RP, ale nie ma wystarczających zasobów, by stworzyć jakąkolwiek stabilną alternatywę. W rezultacie tworzy obszary niepewności i chaosu. Czasy mamy niepewne i obóz władzy, który sam jest czynnikiem i sprawcą niepewności, aż prosi się o to, by go wymienić. Warunek jest jeden: przekonanie, że pretendenci „ogarniają”, że ich władza będzie oznaczać redukcję niepewności, a nie jej trwanie, tylko z przeciwnym znakiem.

Dobra rada, by partie opozycji parlamentarnej wspólnie wypracowały zręby koncepcji w tej sprawie (w ostatniej POLITYCE udzielał jej marszałek Marek Borowski), miałaby sens wtedy, gdyby w półtora roku po wyborczym zwycięstwie PiS dało się dostrzec jakiekolwiek znaki na niebie i ziemi, że PO, Nowoczesna i PSL pracują nad takimi pomysłami osobno. A tych znaków ani widu, ani słychu. Jakby każda z nich coś wypracowała, choćby w formie zalążkowej, to byłoby co uzgadniać. A jak nic nie ma, to nie ma czego uzgadniać.

Powód, dla którego partie opozycyjne poza sprzeciwianiem się PiS nie przygotowują się do przyszłego rządzenia, jest jasny. Uważają one, że znajdują się w dość komfortowej pod pewnymi względami sytuacji. Obóz władzy tak rozrabia, tak się miota, że musi się potknąć o własne nogi i zwycięstwo przyjdzie samo, więc po co się przemęczać.

W polityce samą perswazją i dobrym słowem nic się nie osiągnie, potrzebny jest kijaszek. A tym kijaszkiem jest konkurencja w ramach opozycji. Przekaz, który świadomi wyborcy antypisu powinni skierować do kierownictwa PO, Nowoczesnej i PSL, mógłby brzmieć następująco: oczywiście Misiewiczów trzeba pogonić, a premier Szydło postawić przed Trybunał Stanu. Ale my swój głos oddamy na tych z was, którzy oprócz tych koniecznych zabiegów represyjnych będą wiedzieli, jak Polskę z chaosu po PiS wyprowadzić. Pieniądz rodzi pieniądz, głosy przyciągają głosy. Ta z waszych partii, która przedstawi wiarygodny plan w tej sprawie, ma nie tylko nasze kreski, ale także kreski większości tych 8–10 proc., które porzucą PiS. I ta partia będzie w przyszłym Sejmie i rządzie rozdawać karty. To do roboty!

Dlatego jestem przeciwny wspólnym pracom zjednoczonej opozycji, bo zakładają one brak konkurencji, a brak konkurencji to antypisowska retoryka oblana ogólnikami o demokracji, wolności i państwie prawa.

Jeszcze gorzej ma się sprawa ze wspólną listą wyborczą. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]