POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 48 (2682) z dnia 2008-11-29; s. 84-86

Nauka

Ludwik Stomma

Na szczytach mitów

Kim dla astronomii Mikołaj Kopernik, tym dla nauk społecznych Claude Lévi-Strauss. 28 listopada uczony obchodzi 100-lecie urodzin.

Kopernik odwrócił onegdysiejszy sposób patrzenia na kosmos wstrzymując Słońce i ruszając Ziemię; Lévi-Strauss zrobił to samo odwracając nasze spojrzenie na samych siebie, co zamknąć można w uproszczonej formule: nie człowiek jest twórcą kultury, ale kultura twórczynią człowieka. Co to znaczy?

Posłużmy się przykładem kleszcza (Ixodes rutinus), tego nieszczęsnego pajęczaka, przed którym ostrzega się nas podczas wyjazdów na wakacje. Otóż postrzeganie świata przez kleszcza jest radykalnie uproszczone. Włazi on na sam koniec gałązki krzewu i popada w stan swoistej hibernacji, mogącej trwać latami (uczeni amerykańscy doprowadzili obserwację do lat czterdziestu, po czym ją przerwali, co nie znaczy, że kleszcz nie mógł czekać dłużej). Obudzić go może tylko zapach kwasu masłowego, będącego składnikiem potu ciepłokrwistego zwierzęcia przechodzącego pod jego gałązką. Poczuwszy ten jedyny zapach, kleszcz spada na zwierzę, wysysa z niego krew, rozmnaża się i umiera. Jego potomstwo wspina się na gałązki... i cykl rozpoczyna się od nowa.

Przez cały czas hibernacyjnego oczekiwania kleszcz pozostaje nieruchomy, nie odżywia się, nie docierają do niego żadne bodźce zewnętrzne. Świat postrzegany przez kleszcza jest więc zredukowany do obecności lub nieobecności zapachu potu. Kropka. Organizmy wyżej zorganizowane będą oczywiście postrzegać nieskończenie więcej. Ale nie łudźmy się. Nasz poczciwy pies, którego chcielibyśmy koniecznie antropomorfizować, widzi mniejszą część świata niż my, a ponadto zupełnie inną. Z tym że my też jesteśmy śmiesznie niedoskonali. Słyszymy mniej niż nasz pies, nie reagujemy na ultradźwięki, jak nietoperze, nasz dotyk jest znacznie mniej czuły niż na przykład kota, mamy ograniczone zdolności rozpoznawania smaków, gorszy wzrok niż niektóre ptaki. Innymi słowy rzeczywistość, którą postrzegamy, jest ułomna, niepełna i chaotyczna. Jednakże dla osób myślących, jak to sformułował Bruno Schulz, „istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste”. Trzeba więc światu ów sens nadać. Pozlepiać kawałki i uczynić z nich spójną całość na człowieczy użytek.

Dla Claude’a Lévi-Straussa tym narzędziem, które porządkuje, klasyfikuje właściwości i uprzystępnia nam świat, jest język. Nie będziemy tu wchodzić w subtelności teorii, kwestie opozycji, mediacji etc. Pozostańmy przy rzeczach najogólniejszych. Język służy porozumiewaniu się, jest więc rzeczą społeczną. Jako taki jest jednocześnie dowolny i obowiązujący. Jakiś zbiorowy praprzodek naszego plemienia za niepamiętnych czasów nazwał niebo niebem. Mógł je zapewne utytułować zupełnie inaczej. Gdyby żył w kręgu kultury łacińskiej, na przykład „cjelem”, w germańskiej „himlem” etc. I nadał temu pojęciu pewien zakres. Co jest niebem, a co nim nie jest. Czy chmury są niebem, czy już nim nie są, albo jeszcze nie są. Uznał, jak uznał. To właśnie owa dowolność. Ale raz nazwane słowa stają się obowiązujące. I nie tylko dlatego, że jeśli nazwę niebo zestawem sylab: abara, dufa itp., to nikt mnie nie zrozumie. Będę równie źle pojęty mówiąc o niebie „chmura”, czy o chmurze „niebo”. Język jest bowiem nie tylko instrumentem nazwania (nominacji), ale przede wszystkim klasyfikacji.

Czymże jest zaś klasyfikacja? Kawałkowaniem tego, co ciągłe, a w dalszej konsekwencji tworzeniem bytów. Zacznijmy od tego pierwszego. Widmo barw jest ciągłe. Rozcinamy je brzytwą mówiąc, że coś jest żółte, coś pomarańczowe, a coś czerwone. Ktoś twierdzi, że mój płaszcz jest brązowy, ja, że czarny. Możemy się kłócić o to za każdym razem, kiedy go zakładam. W naszych bowiem nazwaniach rzeczy nie ma alternatywy. Jest brąz albo jest czerń. Ja widzę brąz, ktoś inny czerń. I nie jest to w najmniejszej mierze przykład anegdotyczny. Indianie Nutka nie rozróżniają zielonego i niebieskiego, w podstawowej gamie barw wyróżniają natomiast sześć odcieni żółci, tak dla nich od siebie odległych, jak dla nas czerwony od czarnego.

Różnice te są trudno dostrzegalne, kiedy pozostajemy w świecie języków indoeuropejskich, w których podstawowe wzorce są identyczne. Już jednak porównanie naszych pojęć z występującymi w tubylczych językach obu Ameryk przyprawić nas może o zawrót głowy. I tak na przykład Indianie Hopi nie znają czasu przeszłego i przyszłego. Klasyfikują zjawiska podług czasu ich trwania. Jak pisze Benjamin Lee Whorf: „Gramatyka Hopi umożliwia również odróżnianie zdarzeń monumentalnych, trwałych i powtarzających się oraz sygnalizowanie stadium, w jakim znajduje się opisane zjawisko. Rzeczywistość ujmuje się bez uciekania do pojęcia wielowymiarowego czasu. Co stałoby się z fizyką stworzoną wedle takich kategorii i pozbawioną symbolu „t” w swych równaniach? Jak są...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]