Czwartek, 17 maja 2012
Edward Nęcka specjalizuje się w problematyce twórczości, inteligencji i poznania. Jest profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk i kilku międzynarodowych towarzystw naukowych. Opublikował m.in.: „Proces twórczy i jego ograniczenia”, „Trening twórczości”, „Inteligencja i procesy poznawcze”, „Trop... Twórcze Rozwiązywanie Problemów”, „Pobudzenie intelektu: Zarys formalnej teorii inteligencji”, „Psychologia twórczości”. Przedstawiamy fragmenty nowej książki „Człowiek – umysł – maszyna. Rozmowy o twórczości i inteligencji”, przygotowanej do druku w wydawnictwie Znak w ramach serii Mistrz-uczeń. Wybór, skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Janek Sowa: – Ludzką inteligencję definiowano kiedyś tautologicznie jako „to, co mierzą testy inteligencji”. Czy inteligencja to pojęcie czysto pomiarowo-statystyczne i nic więcej?
Edward Nęcka: – Iloraz inteligencji jest pojęciem statystycznym. Jest to pewien wskaźnik liczbowy, konwencjonalnie przyjęty jako miara sprawności umysłowej. Nic się za nim nie kryje. Nie istnieje żaden materialny substrat ilorazu inteligencji. (...)
Mamy różne testy. W idealnej sytuacji podobne narzędzia powinny mieć podbudowę teoretyczną i być praktycznym przełożeniem tego, co nauka sądzi o inteligencji, jej naturze i podłożu. Niestety, nie zawsze tak jest. Niekiedy testy są wynikiem funkcjonowania naiwnych i potocznych koncepcji inteligencji. Czasami wynikają z potrzeb praktycznych, zwłaszcza klinicznych. W szpitalu psychiatrycznym potrzebne były na przykład metody pomiaru sprawności intelektualnej pacjentów. Dodajmy na marginesie, żeby to nie było mylone, że zaburzenia natury psychiatrycznej nie polegają na braku inteligencji, ale na czymś zupełnie innym. Natomiast w diagnozie konieczna jest między innymi informacja o inteligencji pacjenta. Gdy pojawiło się zapotrzebowanie na takie narzędzia, psychologowie lub psychiatrzy nieco po omacku skonstruowali testy. Tak się narodził (najbardziej popularny – red.) test Wechslera. Jest on kombinacją różnych zadań: na pamięć, na percepcję, na manipulację, kilku zadań wymagających rozumienia sytuacji społecznej i innych podobnych. Jest to złożony i bardzo niejednolity test, który nie był stymulowany teorią, ale potrzebami praktycznymi.
Czy jest w dziedzinie testów postęp?
Widzę bardzo wyraźny postęp. Po pierwsze, testy są coraz lepiej osadzone w teorii. Takich narzędzi jak test Wechslera już się dzisiaj nie tworzy, a te, które powstały wcześniej, są udoskonalane. Po drugie, coraz powszechniejsze jest podejście, które pozwala na dostosowanie trudności zadania do możliwości jednostki. Klasyczny test polega na tym, że dla wszystkich badanych wykorzystuje się ten sam zestaw zadań. Potem sprawdzamy, ile z nich badany rozwiązał, w jakim czasie i jak to wypada na tle całej grupy lub populacji. Natomiast w nowoczesnym podejściu jest tak, że istnieje pewna pula zadań, wielokrotnie większa niż liczba zadań, które badany rzeczywiście dostanie do rozwiązania, i program komputerowy losuje z tej puli odpowiednie zadania, które są wystandaryzowane pod względem trudności. Jeśli okaże się, że dane zadanie jest dla kogoś za trudne, maszyna zaczyna losować z puli zadań łatwiejszych, a jeżeli jest za łatwe, to z puli trudniejszych. W ten sposób program dopasowuje poziom zadań do możliwości człowieka, dzięki czemu pomiar staje się znacznie bardziej precyzyjny i da się wykreślić indywidualny profil zdolności danej osoby.(...)
Co wynika z IQ?
Jakie podejście do testowania inteligencji jest pana zdaniem lepsze – werbalne, niewerbalne czy może jeszcze inne?
Testy niewerbalne mają jedną podstawową przewagę nad werbalnymi, a mianowicie taką, że nadają się do zastosowania niezależnie od wykształcenia i środowiska osoby badanej. Wszelkiego rodzaju zaniedbania edukacyjne i wychowawcze bardzo rzutują na słownictwo. Język dzieci zaniedbanych wychowawczo jest uboższy, ponieważ mniej czytają, a przez to dysponują mniejszą liczbą pojęć, mniejszym zasobem słów, a nawet nie rozumieją pewnych pytań. Mogą przy tym być w intelektualnej normie. Niektóre z tych dzieci ze względu na statystyczne zależności są nawet ponad normą, jednak na samym początku tracą punkty, bo nie są dobre werbalnie. Ta sama kwestia pojawia się w społeczeństwach wielokulturowych. U nas to jeszcze nie jest problemem, ale będzie. W Anglii w typowej klasie szkolnej znajdziemy sporo dzieci o pochodzeniu pakistańskim, karaibskim czy afrykańskim. Jeżeli jest to drugie pokolenie emigrantów, to dzieci już świetnie mówią po angielsku, ale mogą nie mieć tych samych kompetencji kulturowych, chociażby z tego powodu, że nie znają pewnych książek. Wtedy test niewerbalny jest świetny, bo pozostaje obojętny na wpływ tego typu czynników.
Z drugiej strony język jest bardzo ważnym narzędziem poznania. W języku ujawnia się inteligencja lub jej brak. Idealnie byłoby mieć testy werbalne i niewerbalne, pod warunkiem, że te werbalne są jednakowo sprawiedliwe dla wszystkich badanych. Jeżeli nie, to lepiej stosować niewerbalne.
Zmierzyłem sobie inteligencję testem Wechslera i otrzymałem wynik, powiedzmy, sto czterdzieści sześć. Co to znaczy?
To jest bardzo dużo. Mówiąc językiem statystycznym, trzy odchylenia standardowe powyżej średniej. Sto to umowna miara średniej inteligencji w społeczeństwie.
W jakim sensie umowna?
Gdybyśmy zmierzyli inteligencję wszystkich Polaków, przełożyli to na jakiś wynik liczbowy, a następnie uśrednili, otrzymalibyśmy pewną liczbę – na przykład liczbę punktów lub liczbę zadań, które średnio wykonano w ciągu godziny. Ten wynik umownie uznaje się za równy sto, a potem wobec niego relatywizuje ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]