POLITYKA

środa, 23 sierpnia 2017

Polityka - nr 23 (3062) z dnia 2016-06-01; s. 16-18

Polityka

Jacek Żakowski

Nadchodzi demokracja ludowa

Głupi Polak po szkodzie zaczyna rozumieć, co dawała mu demokracja. Ale czy już Polak (i nie tylko) zaczyna rozumieć, czego on demokracji nie dał?

Z polską demokracją jest z grubsza jak z dorożkarską szkapą, którą właściciel-sknera już-już prawie oduczył jedzenia… ale zdechła. A polscy demokraci są, niestety, tacy jak sknerus-dorożkarz. Nic im się z zejściem naszej demokracji sensownie nie kojarzy. „No, niestety, zdechła! Szkoda. Miła była”. „Może to taka moda w tym sezonie, że demokracje liberalne padają?”. „Może to wina Kaczora, Zandberga, plam na Słońcu albo faz Księżyca?”.

Zdawało się do niedawna, że „polska bezwinność” to specyfika narodowej prawicy. Bo jak Polacy mogliby być winni? Teraz widać, że jest to ogólna polska przypadłość rozciągająca się też na liberalno-demokratyczne centrum. Bo demokraci też są oczywiście niewinni. Przecież my zawsze byliśmy za demokracją. I to jak! Pozwólcie, że spytam wprost: czy rzeczywiście?

Najpierw trzeba sobie uświadomić, że wbrew różnym legendom demokracja, jaką mamy na myśli, niestety, nie jest stanem naturalnym. To XX-wieczny zachodnioeuropejski fenomen, który objął też część dawnych brytyjskich kolonii. Nigdzie i nigdy wcześniej nie było tak, żeby wszyscy dorośli wybierali władzę, jaka im się podoba. W Europie pierwszej połowy XX w. ten eksperyment poniósł kompletne fiasko. Po 20 latach skończył się wielką wojną, w której zamordowano wiele milionów ludzi, bo większość demokracji oddała władzę wariatom, szaleńcom, dyktatorom. Za drugim razem poszło dużo lepiej. Przez pół wieku szło dobrze. Nawet bardzo dobrze. Aż się teraz zacięło. Może nawet skończyło.

Demokracja stanęła dęba nie tylko w Polsce i centralnej Europie. Prawie na całym Zachodzie liberalne demokracje czują się zagrożone. Bardzo wiele wskazuje, że rok 2016 przejdzie do historii jako punkt załamania ustrojowego ładu wyłonionego po drugiej wojnie światowej i początek czegoś nowego, czego nazwać ani opisać nikt jeszcze nie potrafił. Trochę ryzykując, da się jednak powiedzieć, że demokrację liberalną w rozmaitych wariantach na naszych oczach wypiera coś, co można nazwać demokracją ludową.

Liberalna demokracja, urządzona przez elity dla ludu wedle konwencji i reguł wynikających ze świadomości wcześniejszych doświadczeń i z ugruntowanej historycznej pamięci, jest na naszych oczach gwałtownie zastępowana przez demokrację robioną wedle ludowych zwyczajów i przekonań wyrastających raczej z emocji i logiki prostych rozumowań, które nie sięgają daleko wstecz ani do przodu. Szok, który przeżywamy, wynika zaś z tego, że mało kto zdawał sobie sprawę, jak głęboka przepaść dzieli te dwa światy. Nie w sensie innych stylów życia, żołądków, portfeli, ale w sensie wyobrażenia tego, co dobre i złe, co normalne a co nienormalne, co prawdziwe a co nieprawdziwe.

Popatrzcie na Donalda Trumpa. Wedle głoszonych przez politologów reguł taki facet powinien być w USA kompletnie niewybieralny. W dzikim kraju może uszedłby w tłumie. Ale w Ameryce? W mateczniku współczesnej demokracji i XX-wiecznych fal demokratyzacji, które objęły większość świata? Każdy wie, że aby zostać w Ameryce wybranym, trzeba być mężczyzną w sile wieku, przystojnym, umiarkowanym, uprzejmym, heteroseksualnym, monogamicznym, dobrze ostrzyżonym, w niebieskiej koszuli, czerwonym krawacie, mieć miłą pierwszą (!) żonę, grzeczne dzieci i doświadczenie publicznej aktywności.

Trump żadnego warunku wybieralności nie spełnia. To nie tylko mu nie przeszkadza, ale też przyciąga wyborców. Im bardziej jest nieobliczalny, chamski, grubiański, nieubrany i nieuczesany, im mocniej poniża kobiety, muzułmanów, uchodźców, zielonych, tym większe ma poparcie. A sondaże wskazują, że wygrać z nim może tylko inny „niewybieralny”, Bernie Sanders, który deklaruje się jako socjalista, co w Ameryce jeszcze pięć lat temu brzmiało gorzej niż ludożerca. Im więcej Sanders mówi o swoim socjalizmie, tym wyżej idą jego notowania. Obaj zyskują tym więcej, im bardziej się różnią od establishmentu, czyli od wszystkich kojarzonych z dotychczasowymi porządkami. Amerykański establishment, od wielkiego biznesu po media, sprzymierzał się przeciw Sandersowi i Trumpowi, ale z wszystkich establishmentowych kandydatów liczy się jeszcze tylko Hillary Clinton, której szanse na Biały Dom maleją z tygodnia na tydzień.

Podobnie było w Austrii, gdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich nie wszedł żaden centrowy kandydat i ostateczna batalia rozegrała się między kandydatem antyestablishmentowej radykalnej prawicy a antyestablishmentowym kandydatem radykalnej lewicy. Także tu liczyli się tylko radykałowie. Hasło „zmiana”, które w poprzednich latach przyniosło sukces wyborczy Obamie, Hollande’owi i wielu innym politykom, przestało być sexy. Teraz sexy jest „radykalna zmiana”. Bo „zmiana” mało zmieniła, choć po kryzysie 2008 r. wiele obiecywano i oczekiwano.

Wariactwa Trumpa, radykalizm Sandersa, szowinizm Norberta Hofera, nacjonalizm Marine Le Pen, ultrazieloność Alexandra Van der Bellena, który o włos wygrał wybory prezydenckie w Austrii, przestały odstręczać wyborców podobnie jak odloty Antoniego Macierewicza ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]