POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 78-79

Poradnik / Modne stoki

Mariusz Janicki

Narciarz w podróży

Alpy mają wiele narciarskich zalet, ale jedną dla Polaków sporą wadę: są daleko. Można się tam dostać samolotem, autokarem, pociągiem. Ale wciąż niezawodny pozostaje własny samochód.

Od najbliższych alpejskich pasm, w austriackiej Styrii, dzieli Warszawę ok. 950 km, w Salzburgerlandzie – ok. 1000–1100km. Do włoskich Dolomitów trzeba przebyć średnio 1400 km, podobnie do wschodniej Szwajcarii. A Francja i zachodnia Szwajcaria to 1700–1800 km. To już w zasadzie odległości samolotowe, dlatego każdego roku niektóre linie, zwłaszcza niskokosztowe, otwierają sezonowe połączenia z miastami względnie blisko narciarskich kurortów: we Francji to Grenoble, we Włoszech Verona i Bolzano, w Austrii Salzburg. Stałe połączenia rejsowe Warszawa ma z Mediolanem.

Podróż samolotem jest nieuciążliwa, nie ma problemu z przewozem nart, za które zazwyczaj nie trzeba dopłacać (bo to połączenia z zasady nastawione na narciarzy), ale po wylądowaniu zaczynają się pewne problemy. Nie ze wszystkich lotnisk są wygodne połączenia autobusowe z kurortami. Bywa, że trzeba się przesiadać, co w przypadku rodziny z dziećmi może być uciążliwe. W praktyce oznacza to, że trzeba na lotnisku wynająć samochód plus łańcuchy na koła oraz bagażnik. To wydatek ok. 600–700 euro na tydzień. Wiele wypożyczalni oferuje bagażniki magnetyczne, które w pierwszej chwili nie budzą zaufania, bo przykłada się je po prostu do dachu i mają trzymać. Okazuje się, że trzymają.

Z Grenoble w rejony najbardziej przez Polaków oblegane, czyli Trzy Doliny i rejon Val d’Isere i Tignes, trzeba przejechać prawie 200 km, pod koniec już po typowo górskich drogach. Nieco bliżej jest z Verony, a całkiem blisko z Bolzano, do kurortów w Dolomitach, ale już z Mediolanu – także 200 km. Z Salzburga jest blisko do gór w tym regionie, ale np. do Voralerbergu też trzeba przejechać prawie 200 km.

Słowem, samolot – tak, ale trzeba się liczyć z większymi kosztami, niż w przypadku samochodu. Ponadto trzeba tak obliczyć powrót z kurortu, aby zdążyć na samolot, a korki na drogach dojazdowych z górskich ośrodków do autostrad (także na samych autostradach), zwłaszcza w weekendy, bywają ogromne. Trzeba uwzględnić naprawdę solidny, kilkugodzinny zapas, aby nie wpaść w długotrwały stres.

W praktyce samolot jest rzeczywiście konkurencyjną opcją w przypadku Francji, zachodniej Szwajcarii i przylegającego do niej regionu Włoch, ale już w przypadku Dolomitów lub Austrii podróż samochodem wydaje się co najmniej sensowna.

Niepotrzebne rekordy

Wśród narciarzy krążą legendy o rekordowych przejazdach: do Francji w jeden dzień, do Austrii w 10 godzin itp. Trzeba traktować je ostrożnie. Do Austrii rzeczywiście można dojechać bez noclegu. Kiedy rozpocznie się podróż ok. godz. 5–6 rano, to (jeśli nie trafi się np. na korki, roboty drogowe lub śnieżycę) jest się w rejonie Salzburga, Villach ok. 20–21. Ci, którzy lubią jazdę w nocy, mogą wyruszyć o godz. 2–3 i wtedy są na miejscu w granicach 15–16, odbierają pokój i kupują jeszcze skipassy. Jeśli jedziemy do zachodniej Austrii (np. St. Ankton), to koniecznie trzeba wyjechać w nocy, aby zdążyć o jakiejś ludzkiej porze.

W przypadku Włoch, a już oczywiście Francji, stanowczo rekomendujemy jazdę z noclegiem. Jeśli chodzi o Austrię, najpopularniejsze miejsca na postój to czeskie Mikulov i Znojmo. Niektórzy wybierają autostradowy odcinek przez Słowację i nocują w okolicach Bratysławy. Zwłaszcza Mikulov jest jedną dużą noclegownią. W centrum granicznego miasteczka jest kilka przyzwoitych hoteli z centralnym, wyróżniającym się Zameckiem (noclegi od 45 euro). Ale przystanek na granicy czesko-austriackiej lepszy jest w drodze powrotnej. Na podróż np. we włoskie Alpy to trochę za blisko na koniec pierwszego dnia. Lepiej za pierwszym razem przebyć większą część całej drogi.

Prawdziwe zmęczenie przychodzi daleko za Wiedniem, w okolicach Linzu, a jeżeli jedziemy trasą przez Klagenfurt, to w rejonie Grazu. Jest tam wiele sieciowych hoteli i gasthofów, ale oczywiście droższych niż w Czechach (ok. 90 euro za pokój dwuosobowy). Niemniej następnego dnia można wstać o przyzwoitej porze i dojechać na miejsce jeszcze za dnia. W przypadku Francji najpopularniejsze miejsce noclegowe to okolice Monachium (90–100 euro za pokój dwuosobowy), leżące mniej więcej w połowie drogi do głównych francuskich terenów narciarskich, Trzech Dolin, Des Alps czy Espace Killy.

Od pewnego czasu pojawiła się moda, aby (zgodnie ze wskazówkami Google maps, to pewnie jej źródło) do wszelkich rejonów narciarskich, poza bliską Austrią, jechać przez Niemcy. Trochę to dziwnie wygląda, jeśli do Włoch kierujemy się na Poznań i Berlin, potem na Lipsk, Norymbergę, Innsbruck i przełęcz Brenner. Decyduje legenda szybkich i bezpłatnych niemieckich autostrad, ale jest to droga cokolwiek dłuższa od tej klasycznej, przez Czechy, Wiedeń, Salzburg, mały kawałek Bawarii, a potem znowu austriacki Innsbruck i przełęcz Brenner. To też, poza krótkimi przerwami w Czechach i przed Wiedniem, droga (poza Polską) autostradowa.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]