POLITYKA

środa, 24 maja 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 52-53

Świat

Marek Ostrowski

Narody są przereklamowane

Rozmowa z Guyem Verhofstadtem, najbardziej wpływowym unijnym federalistą, byłym premierem Belgii, o tym, dlaczego Europejczycy chcą więcej Europy, tylko jeszcze o tym nie wiedzą

Marek Ostrowski: – Czy to nie osobista porażka? Po tylu latach pana walki o Europę federalną wszystko się rozłazi w szwach.
Guy Verhofstadt: – To prawda. W przeszłości Europa była oczywistością, nikt o niej nie dyskutował. Dziś krytyka jest powszechna. Ale za to pojawiło się nowe pokolenie zwolenników Europy: ten młody ruch proeuropejski jest owocem pokolenia Erasmusa, społeczeństwa bardziej otwartego.

W moich książkach krytykuję Europę ostrzej niż najwięksi eurosceptycy. Ale uważam, że kiedy nasi narodowi przywódcy zostaną przyparci do muru, to będą musieli przyznać, że nie ma innej przyszłości niż zjednoczona Europa. Przykładem niech będzie unia bankowa. Przed kryzysem finansowym nikt jej nie chciał. Dziś banki w Hiszpanii, Włoszech, Portugalii, Belgii, Holandii, Irlandii, Grecji i nawet te wielkie niemieckie idą w kierunku unii. To samo będzie z unią obronną. Przed laty, kiedy byłem premierem, wystąpiłem z pomysłem takiej unii, wspólnego ośrodka dowódczego itd. Zablokowali to Brytyjczycy. Dziś nawet polski rząd o tym napomyka. Przed 10 laty nie było zagrożenia ze strony Putina. Idzie to strasznie powoli jak dla mnie, ale przywódcy nie mogą już zamykać oczu – nie mają innego wyjścia, niż forsować rozwiązania europejskie.

Ale obywatele są innego zdania, jak na przykład większość Brytyjczyków.
Bo Europa nie ma dziś ani instytucji, ani umiejętności, by stawić czoło rzeczywistości. Nie może pan mieć ludziom za złe, że krytykują Unię. Bo dziś nie ma prawdziwej unii, jest tylko luźna konfederacja państw. I zawsze oferująca rozwiązania typu „za mało i za późno”. To recepta na rozpad. Dlaczego? Bo luźna konfederacja nie pasuje do XXI w.

Ale rozwiązaniem sprawy nie jest bynajmniej powrót do naszych narodowych sentymentów. Przecież większość problemów ma charakter ponadnarodowy – zmiany klimatyczne, kryzys migracyjny, terroryzm. Wyniki sondaży są tu jasne: jeśli postawić ludziom pytania – czy trzeba nam więcej Europy w konkretnych sprawach – eurobarometr dowodzi, że w 12 na 13 spraw ludzie chcą więcej działania ze strony Unii. Ale w tych samych sondażach ostro krytykują sposób, w jaki Unia podchodzi do obecnego kryzysu. I nie ma w tych odpowiedziach sprzeczności.

Z czego to wynika?
A czego się uczymy o Unii na uniwersytetach? Że została założona po drugiej wojnie i jest historią sukcesu. To nie było tak. Unia zaczęła od wielkiego niepowodzenia. W latach 50. wszystko już było przygotowane: sześć krajów założycielskich miało projekt prawdziwej unii politycznej – ze wspólnym zgromadzeniem parlamentarnym i związkiem obronnym. W 1954 r. francuskie Zgromadzenie Narodowe dość przypadkowo zagłosowało przeciw. W tym roku będziemy obchodzić 60. rocznicę traktatów rzymskich i powtarzać, że to był wielki sukces. W istocie był to bardzo ograniczony, mały projekt, przyjęty po porażce znacznie większego i ambitniejszego. Musimy wrócić do tej prawdziwej, wcześniejszej propozycji.

Mamy w tym roku wybory we Francji, w Holandii, w Niemczech. Wszędzie tam obywatele raczej szukają pomocy ze strony rządów narodowych.
Bo nie oferujemy im rozwiązań europejskich. Weźmy na przykład dyskusję o migrantach. Pewne kraje w końcu odrzuciły ich przyjmowanie. Skąd to fiasko i chaos? Bo od początku nie mówiliśmy o europejskich rozwiązaniach, takich jak wspólne granice i straż graniczna. Jeśli mamy strefę Schengen, powinniśmy mieć wspólne zarządzanie granicami zewnętrznymi.

Przywódcy narodowi z premedytacją nie przedstawiają europejskich rozwiązań. A nie wolno się bać ich proponowania: europejska wspólnota obronna powinna być oczywista. Kiedy pytano o to ludzi, odpowiadali: tak! Nawet w Wielkiej Brytanii. Wydajemy na obronę 42 proc. tego co Amerykanie, a nasz potencjał wojskowy stanowi zaledwie 10–15 proc. amerykańskiego, co oznacza, że jesteśmy czterokrotnie mniej wydajni w tej dziedzinie. Dlaczego? Bo 28 krajów zajmuje się tym oddzielnie.

Politycy powinni podsuwać i forsować takie wizje, jak armia europejska. Problem w tym, że płyną z prądem, a powinni kreować rzeczywistość.

Chyba nawet panu się to nie udawało?
Na początku mojego życia politycznego w pierwszych wyborach, w jakich startowałem na szczeblu lokalnym w 1976 r., dostałem 760 głosów. Nie stała za mną żadna opinia publiczna. Ale miałem wyobrażenie o kierunku, w jakim opinia powinna się zmieniać, i tworzyłem jakąś wizję. Teraz popiera mnie ponad pół miliona wyborców. Niestety, na ogół politycy myślą: trzeba słuchać ludzi i powtarzać, co mówią. Protestuję przeciw temu. Trzeba słuchać, ale mówić: w tym nie macie racji. I proponować alternatywne rozwiązania.

Mają już podsunięte: powrót do państw narodowych.
Nacjonaliści i populiści walczą ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]