POLITYKA

Czwartek, 23 lutego 2017

Polityka - nr 10 (10) z dnia 2016-11-10; Pomocnik Historyczny. Nr 5. Polska broń. Dzieje oręża i przemysłu zbrojeniowego; s. 14-22

Przed wojną

Marek Henzler

Narodziny wojennego przemysłu

Polski zbrojmistrz pojawił się niejako znikąd, tworząc zrazu cokolwiek z niczego.

Ogołocone ziemie. Podczas I wojny światowej Polska została zniszczona bardziej niż Francja, a nie otrzymała żadnych odszkodowań. Przez dwa lata musiała jeszcze walczyć o swe nowe granice, w tym z bolszewicką Rosją. Skarb państwa był pusty, a prywatne polskie kapitały w bankach Petersburga, Wiednia i Berlina zdewaluowały się i przepadły. Władze musiały zająć się ponaddwumilionową rzeszą uchodźców i repatriantów. Tak w relacji gen. Aleksandra Litwinowicza, opublikowanej w 1958 r. w Londynie na łamach „Niepodległości”, wyglądała sytuacja w Polsce u zarania jej niepodległego bytu, kiedy zaczęto tworzyć rodzime wojsko.

Litwinowicz w 1914 r. był intendentem I Kompanii Kadrowej, a później, przez prawie cały okres międzywojenny, odpowiadał za zaopatrzenie armii. 1939 r. zastał go na stanowisku II wiceministra spraw wojskowych i szefa administracji armii. Od podszewki znał historię budowy polskiego – jak to wtedy mówiono – przemysłu wojennego. „Dokonaliśmy olbrzymiej improwizacji – wspominał. – Na początku listopada 1918 r. mieliśmy w Polskiej Sile Zbrojnej najwyżej 19 tys. żołnierzy wyekwipowanych i uzbrojonych, we wrześniu zaś 1920 r. intendentura wojskowa musiała wyżywić 1 400 000 ludzi [nie tylko żołnierzy, ale też kolejarzy, chorych i rannych w szpitalach oraz jeńców – M.H.] i 100 000 koni, dostarczyć umundurowania i ekwipunku na milion ludzi. Departament Uzbrojenia miał ilość tę uzbroić. Oczywiście zabrakło broni na uzbrojenie wszystkich”.

Dziesiątki tysięcy używanych wojskowych butów kupiono od innych armii. Po naprawie obuto w nie żołnierzy. Tak też kupiono setki tysięcy mundurów, w tym 200 tys. angielskich. Większym wyzwaniem było już uzbrojenie. Zaborcy pilnowali, aby na polskich ziemiach nie było fabryk broni i amunicji. Rosjanie w 1915 r. ewakuowali z ziem Królestwa w głąb imperium załogi i maszyny z ponad 150 fabryk, m.in. warszawską Gerlach i Pulst, produkującą obrabiarki. To, czego nie mogli wywieźć – wysadzili w powietrze, m.in. wielkie piece i piece martenowskie w Ostrowcu, Starachowicach, Stąporkowie i Suchedniowie. Niemcy i Austriacy ogołocili polskie ziemie z obrabiarek przydatnych do produkcji amunicji, pozostawiając jedynie kilka tzw. zbrojowni i warsztatów reperujących broń uszkodzoną na froncie: w Warszawie, Krakowie, Brześciu, Poznaniu, Przemyślu i Rzeszowie. Po odzyskaniu niepodległości przejęło je polskie wojsko.

Pierwsza dekada

Francuski kredyt na demobil. W latach 1919–21 zaopatrywało się ono głównie w broń z powojennego demobilu. Największym jej dostawcą była Francja, która udzieliła Polsce 425 mln franków pożyczki. Kupiono wtedy m.in. 1522 działa, 12,4 tys. karabinów maszynowych, 750 tys. karabinów ręcznych, 2,17 mln sztuk amunicji artyleryjskiej i 700 mln sztuk amunicji karabinowej. W broń WP zaopatrywało się też w Czechosłowacji (m.in. 32 haubice), Austrii, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Niemczech. Niektóre firmy oferowały Polsce nieprzydatne im już całe linie produkcyjne. Włoska Societa Anonima Italiana Gio Ansaldo Co. w 1919 r. złożyła ofertę budowy fabryki amunicji artyleryjskiej.

Z zachowanych akt Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu wiadomo, że w kwietniu 1919 r. do Biura Ekonomicznego KNP zgłosił się inż. Jerzy Komorowski, który w imieniu swoim i inż. Henryka Styczyńskiego zaofiarował usługi „dla zorganizowania wojennego metalurgicznego przemysłu u nas w kraju” – jak napisał w notatce pracownik biura. Obaj od 10 lat pracowali w przemyśle wojennym we Francji. Styczyński był wicedyrektorem i głównym inżynierem, a Komorowski głównym metalurgiem i szefem wydziału laboratoriów fabryki Girod. „Mamy wrażenie – odnotował urzędnik – że panowie ci są dokładnie poinformowani co do źródeł zakupu na rynku francuskim i amerykańskim. (…) Widzieliby swoją rolę u nas w Kraju w zorganizowaniu przemysłu wojennego w całym szeregu fabryk na wzór francuski i amerykański, poczynając od wielkich pieców aż do fabrykacji precyzyjnych”. Komorowski zaproponował swój wyjazd do kraju w celu porozumienia się ze… związkiem metalowców. Na podstawie praktyki we Francji i Ameryce uważał, że „tylko inicjatywa prywatna i tylko racjonalne grupowanie się fabryk mogłoby zapewnić szybkie i łatwe, a zarazem najtańsze obsłużenie Państwa. Tego rodzaju ugrupowanie fabryk we Francji, dając świetne zyski przemysłowi, pracowało zawsze taniej i sprawniej od arsenałów Państwa”.

Już w tej paryskiej notatce mamy zaczyn późniejszych sporów o to, czy przemysł wojenny ma być przemysłem prywatnym czy państwowym? Inż. Komorowski był zięciem warszawskiego przemysłowca Henryka Marconiego, udziałowca i do 1911 r. dyrektora największych warszawskich zakładów metalowych Tow. Lilpop, Rau i Loewenstein (po powrocie do kraju poszedł drogą teścia i też kierował tymi zakładami, gdzie wytwarzano konstrukcje stalowe, wagony kolejowe, samochody i sprzęt ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]