POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 24 (2709) z dnia 2009-06-13; s. 14-15

Temat tygodnia / Eurowybory

Jacek Żakowski

Następne pięć lat

Leopold Unger, „Brukselczyk”, o zadaniach nowego Parlamentu Europejskiego i o tym, dlaczego mamy Europę, a nie ma Europejczyków

Jacek Żakowski: – Wybory za nami. Przed nami pięć lat z nowym europarlamentem, nową Komisją i staro-nowymi problemami stojącymi przed Unią. Co się przez te pięć lat stanie?

Leopold Unger: – Możemy zrobić potrzebny krok do przodu.

Czyli jaki?

Przede wszystkim wzmocnienie Europy; nie tylko zresztą instytucji unijnych. Bronisław Geremek mówił, że mamy Europę, ale nie mamy Europejczyków. To jest clou naszego problemu.

To znaczy, że odkładana ratyfikacja traktatu lizbońskiego nie ma wiele wspólnego z najważniejszym problemem Europy?

Ratyfikacja to konieczna podstawa. Ale boję się, że nawet jeżeli traktat zostanie przyjęty, przez najbliższe pięć lat Europejczyków będzie nam wciąż brakowało. W Brukseli i w społeczeństwach.

W tym sensie, że będziemy mieli lepsze instytucje, ale wciąż nie będziemy mieli europejskiej opinii publicznej?

To oczywiście wciąż będzie istotna bariera. Dopóki nie będzie europejskiej opinii publicznej, nie będzie normalnej europejskiej polityki i ten deficyt wciąż będzie nam przeszkadzał.

Wierzy pan, że europejska opinia publiczna powstanie?

Możemy w to wierzyć tak, jak się wierzy w wielkie historyczne wizje. One są oczywiście potrzebne. Ale nie ma co robić sobie złudzeń. Europejska opinia prędko nie powstanie. Między innymi na skutek rozczarowania działaniem brukselskich instytucji.

Europa od wielu lat stoi w miejscu. Jest gospodarczym gigantem i politycznym karzełkiem. Nie może sobie poradzić nie tylko z polityką makroekonomiczną – co doskonale widać teraz w czasie kryzysu – ale też z polityką obronną i zagraniczną. Dopóki Lizbona nie wejdzie wreszcie w życie, Europa mało będzie się liczyła na świecie, bo Chińczycy, Amerykanie, Rosjanie wciąż mają ten problem, o którym mówił Kissinger. Nie wiedzą, do kogo zadzwonić, żeby coś z Europą ustalić. Europa uosobiona przez instytucje brukselskie nie wykazuje właściwie żadnej inicjatywy. Bezczynność czy brak wyobraźni ze strony pana Barroso i jego współpracowników w ogromnym stopniu wpłynęły na absencję wyborczą. Europa nigdy nie miała dużego powodzenia w wyborach, ale tym razem można już chyba mówić o frekwencyjnej porażce.

I winien jest Barroso?

Nie tylko Barroso. Obama był zdolny do tego, by wygłosić w Kairze przemówienie, z którego szczegółami możemy dyskutować, ale które bez żadnego wątpienia było wielką mową mierzącą się z wielkimi dylematami współczesnego świata. Europa nie jest zdolna do zmierzenia się z nimi. To pokazuje, w jak głębokim cieniu trwa dziś Komisja Europejska, redukująca się do rozwiązywania ekonomicznych mikrointeresów wpisanych w makroskalę.

Nie zawsze tak było. Mam wrażenie, że Europa zaczęła się plątać po upadku konstytucji europejskiej na skutek przegranych referendów we Francji i Holandii.

Problem zaczął się wcześniej, kiedy w krajach Unii zaczęły narastać napięcia wewnętrzne. Bo postawy wobec instytucji europejskich zostały zdominowane przez skalę problemów wewnętrznych. Teraz głosy oddane na radykalną, antyeuropejską prawicę nie stały się tak liczne dlatego, że źle działają instytucje brukselskie, ale dlatego, że ludzie kwestionują politykę wewnętrzną w swoich krajach. To się zaczęło od referendum we Francji, które zostało kompletnie sfałszowane. Nie w tym sensie, że były cuda nad urną, ale w tym, że ludzie zamiast dać wyraz swojemu stanowisku w sprawie konstytucji, dali wyraz niechęci wobec prezydenta Chiraca. Wszystkie antyrządowe frustracje Francuzów zwróciły się przeciw Europie. Teraz jest podobnie. Jestem przekonany, że ani wynik wyborów, ani ogromna absencja nie odzwierciedlają stosunku do Europy.

Europa ma się lepiej, niżby wynikało z wyborów?

Jestem przekonany, że tak. Ludzie doskonale widzą, jak wielki postęp przyniosło istnienie Unii. Nie tylko w krajach członkowskich, ale wszędzie dokoła. To przecież miękka siła Europy doprowadziła do demokratyzacji w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, a potem przyczyniła się do niej w Europie Wschodniej i na Bałkanach. Oferta europejska jest kluczowym elementem demokratycznego kuszenia Turcji i Ukrainy. Jeszcze długo będzie to najbardziej atrakcyjna perspektywa dla sąsiadów Unii. Nikt na świecie nie wymyślił niczego lepszego niż Unia Europejska.

Ale też mało która instytucja jest tak krytykowana jak Unia. Jakoś nikt jej nie może pokochać.

To jest problem. Gdyby Lizbona jednak nie weszła w życie, Unię będzie coraz trudniej kochać. Nie tylko jej obywatelom, ale też naszym sąsiadom. Problem traktatu reformującego nie jest tylko wewnętrznym problemem Unii. To jest problem całego regionu, bo jeśli nasza siła przyciągania będzie dalej słabła, to ewolucja w naszym otoczeniu może pobiec w gorszym dla wszystkich kierunku. Bez Lizbony świat będzie dużo gorszy.

A ona wejdzie w życie?

Ja jestem optymistą. Obserwując Europę ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Leopold Unger (ur. w 1922 r. we Lwowie). Nestor polskich publicystów. Przed emigracją w 1969 r. pracował w „Życiu Warszawy”. Później, jako dziennikarz brukselskiej „Le Soir”, stale współpracował z „International Herald Tribune”, „Wolną Europą” i zwłaszcza z paryską „Kulturą”, gdzie pisywał pod pseudonimem „Brukselczyk”. Od blisko 20 lat jest komentatorem „Gazety Wyborczej”. Tegoroczny laureat przyznawanej przez Polski Pen Club nagrody im. Ksawerego i Mieczysława Pruszyńskich. Wręczenie odbyło się 8 czerwca w Warszawie. Jest to pierwsza krajowa nagroda w jego dziennikarskiej karierze. Laureatowi gratulujemy nagrody, a kapitule wyboru.