POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 19 (2957) z dnia 2014-05-07; s. 10-11

Ludzie i wydarzenia / Świat

Witold Pawłowski

Nasza nie nasza wojna

Referendum jako najlepszy sposób na przecięcie ukraińskiego węzła; interwencja NATO, gdyby armia rosyjska weszła na Ukrainę; poparcie sankcji wobec Rosji, nawet gdyby odwet był bolesny dla Polski, ale i uznanie dla Putina jako wyraziciela interesów Rosjan – tak Polacy w sondażu POLITYKI patrzą na wschodni kryzys.

Od pospiesznego referendum na Krymie minął już prawie miesiąc, Władimir Putin szykuje się do triumfalnej wizyty na nowo pozyskanych ziemiach. Ale opinia ankietowanych Polaków jest stanowcza i prawie jednogłośna: 74,4 proc. uznaje, że Krym nie powinien być częścią Rosji (odmiennego zdania jest 14,4 proc.). Niezależnie od historycznych zaszłości, liczebnej przewagi rosyjskojęzycznej ludności i stanu jej nastrojów ocena faktu, że jeden kraj znienacka zagarnia kawałek drugiego kraju, stosując metodę faktów dokonanych – wydaje się jednoznaczna.

Bardziej wieloznacznie wypada ocena, jakie kroki powinny podjąć władze Ukrainy wobec ruchów separatystycznych na wschodzie kraju. W sprawie Krymu, można powiedzieć, nie ruszyły nawet palcem. Z czego zresztą czyniono im zarzut, że wyglądało tak, jakby się z utratą Krymu z góry pogodziły. Teraz, zwłaszcza w okręgu donieckim, sytuacja jest mocno skomplikowana. W Słowiańsku i kilku innych miastach doszło do konfrontacji z dobrze uzbrojonymi i zorganizowanymi separatystami. W wielu innych miejscach zadziwiająco łatwo i bezkarnie przychodziło im zdobywać kolejne przyczółki. Nie jest jasne, kim są secesjoniści, jak są organizowani i przez kogo opłacani, ile w tym lokalnej samorzutności, a ile szczegółowego planu Moskwy. Zresztą lokalne władze w tej ocenie nie pomagają, wiele jest też sygnałów o przechodzeniu ludzi ze służb i całych placówek na moskiewską stronę.

Wobec tak zagmatwanej sytuacji, która też w każdej chwili może się wymknąć spod resztek kontroli, z zaproponowanych w sondażu rozwiązań największa grupa ankietowanych (39,3 proc.) opowiedziała się za referendum, które rozstrzygnie o przynależności wschodnich prowincji. Może to być wyraz pewnej bezradności: niech sami Ukraińcy rozstrzygną między sobą, jak jest i czego chcą. Ale też, analitycy mówią nie od dziś o sztucznym sklejeniu dzisiejszej Ukrainy, przepastnych różnicach między jej zachodem i wschodem, dwóch mentalnościach, ba, cywilizacjach. Przyszła pora, aby się policzyć i opowiedzieć. Z miejscowych sondaży wynika, że większość opowiada się za zachowaniem integralności państwa. Z taką, uzyskaną w referendum, legitymacją w ręku, łatwiej byłoby zabrać się do porządków – uważa najliczniejsza grupa Polaków.

Za drugim podsuniętym w sondażu rozwiązaniem, aby wobec rokoszu na wschodzie Kijów nie używał siły i liczył na pomoc Zachodu, opowiedział się co trzeci z ankietowanych. Czyli blisko dwa razy więcej niż za rozwiązaniem siłowym: aktywną obroną własnego terytorium. Może to dowodzić, jakiego respektu – po potwierdzeniu w ciągu ostatnich dwóch dekad, że i my należymy do Zachodu – nabrał w naszych oczach jego system, łączący siłę polityczną z gospodarczą i zbrojną. Ale też wiara, że Zachód to panaceum na wszystkie kłopoty, również ten z Ukrainą, wyręcza nas i zwalnia od osobistego zaangażowania i odpowiedzialności.

Wyrażone w sondażu przekonanie, że nawet w tak skrajnej sytuacji i wobec agresywnego wroga, zagrożenia suwerenności, nie powinno się strzelać do swoich, a zdać na referendum czy na międzynarodowy arbitraż, szczególnie silnie artykułują młodzi (18–24 lata). Im starsi, z mniejszego ośrodka i gorzej wykształceni, tym chętniej użyliby siły. Znamienne: za referendum, z dużą nadreprezentacją, wypowiedział się makroregion śląski.

Dla większości zgodę na interwencję zbrojną wyznaczałaby sytuacja otwartej inwazji armii rosyjskiej na Ukrainę. Przeważające 45,4 proc. ankietowanych opowiedziało się w takiej sytuacji za zbrojną interwencją NATO. Pytanie: jak taką interwencję postrzegają? Jako zadanie głównie dla Ameryki, która i tak załatwia za innych wiele spraw w różnych odległych częściach globu, z lekkim wsparciem sojuszników? Czy NATO, obejmuje także nas, nasze siły zbrojne biorące udział w gorącym konflikcie?

Niewiele mniej, bo 41,9 proc. uczestników sondażu nie chciałoby interwencji NATO, zgadzając się niejako, aby Ukrainę, w obliczu zbrojnej agresji dużo silniejszego wroga, pozostawić samą sobie.

Ale tu akurat role się odwracają: młodzi, przeciwni użyciu ukraińskiej siły, teraz w 69,7 proc. są za interwencją NATO. Z wiekiem liczba jej zwolenników spada; w grupie 60+ to tylko 34,7 proc. Widać na rzecz młodych przemawia późne urodzenie: im samoloty i czołgi kojarzą się już głównie z obrazami telewizyjnymi.

W sumie jednak tylko w małym stopniu gotowi jesteśmy bezpośrednio zaangażować się w konflikt na Ukrainie. Zagrożenie zza bezpośredniej granicy też raczej nie rozpala wyobraźni. Mamy silne poczucie bezpieczeństwa. A w razie czego jest NATO. Pewnie to owoc ostatnich wielu spokojnych lat, może rodzaj samouśpienia. Z którego czasami przychodzi boleśnie się budzić.

Bardziej natomiast (w sumie 53,8 proc. ankietowanych) gotowi jesteśmy przystać na sankcje wobec Rosji, nawet jeśli ten krok byłby dolegliwy dla polskich przedsiębiorstw. To pierwsza bezpośrednia dolegliwość, którą zgadzamy się zaakceptować. W imię zasad (patrz: jednoznaczny sprzeciw wobec aneksji Krymu). Czy jest w tym także element rusofobii czy w podobny sposób zostałby ukarany każdy agresor?

Częściowej odpowiedzi udziela dość zadziwiające ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]