POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 37-39

60. Polityka. 60 stron na 60-lecie

Jerzy Baczyński

Nasza nisza

Obchodzenie własnego jubileuszu zawsze jest trochę krępujące, choć bywa miłe. Zdecydowaliśmy się w tym numerze zamieścić specjalny 60-stronicowy dodatek na 60-lecie („60/60”) nie dlatego, żeby uprawiać jakąś świąteczną autocelebrę; raczej przeciwnie – chcemy wykorzystać tę okazję, aby w dzisiejszych, gorzkich czasach, przypomnieć najnowszą historię Polski, także historię POLITYKI – w wersji dla dorosłych.

To, co oficjalna państwowa propaganda opowiada dziś na temat minionych kilkudziesięciu lat – których POLITYKA była i obserwatorem, i aktorem – jest nie tylko tandetną manipulacją, ale wręcz obrazą dla naszej pamięci. Otrzymujemy jakąś infantylną wizję historii, w której wszystko jest bajaniem: czarno-białe obrazki z życia PRL, opowieści o mrocznych spiskach okresu transformacji, o korupcji i zdradzie III RP, przypieczętowanej smoleńskim zamachem, aż po dzisiejszą ckliwą legendę o powstaniu z kolan i powrocie na cokoły prawdziwych bohaterów.

To byłoby może śmieszne, gdyby nie intensywność tej propagandy, wsparcie dla niej Kościoła, a zwłaszcza próba wtłoczenia tych głupstw w powszechny system edukacji. Co jakiś czas musimy więc sami sobie przypominać, że nie zwariowaliśmy, że pamięć nas nie zawodzi, że byliśmy uczestnikami także wielkiego, dziejowego sukcesu Polski i Polaków, że się przez lata spieraliśmy, dyskutowaliśmy, błądziliśmy, szukaliśmy jakichś własnych ścieżek przez życie, ale nikt nam nie musi zatwierdzać biografii ani racjonować prawa do dumy. Chcemy dzisiaj tę naszą najnowszą historię przypomnieć, odświeżyć, otrzepać z kłamstwa (polecam naprawdę niezwykłe rozmowy z profesorami Friszkem, Dudkiem i Raciborskim).

Napisaliśmy na okładce jubileuszowego wydania, że 60 lat POLITYKI to zapis złudzeń, ale też wiary, oporu i uporu; „gry z realiami”, jaką podejmowały kolejne pokolenia polskiej inteligencji i towarzyszący im tygodnik. Życzenia od przyjaciół uświadamiają nam, jak w sumie nietypowym przedsięwzięciem była i jest POLITYKA. Już samo „60 lat” jest w polskiej prasie ewenementem, bo prawie wszystkie pisma zrodzone w PRL zakończyły żywot w pierwszych latach transformacji. Siłą rzeczy jesteśmy więc łącznikiem między dawnymi i nowymi czasy. To długie trwanie gazety kiedyś mogło się wydawać niewygodą, bo ciągniemy za sobą ogon nie zawsze chwalebnych, a ściślej, nie zawsze dziś zrozumiałych, publikacji. Przeglądając stare roczniki (trzy charakterystyczne publikacje wybraliśmy do przedruku), wchodziliśmy po latach w konwencje i konteksty niegdysiejszego dziennikarstwa; te zadrukowane płachty są dziś jak okna w czasie. Mamy poczucie, że w naszych zszywkach tkwi nieoceniona źródłowa dokumentacja politycznej, społecznej, mentalnej, kulturalnej ewolucji Polaków. I dobrze, że do tej historii wciąż, nieprzerwanie, możemy dopisywać kolejne rozdziały.

Jeśli POLITYKA przetrwała w dobrej formie tyle dziejowych wichrów, to znaczy, że redakcja posiadła jakąś szczególną odporność na erozję. Mamy w tej sprawie kilka hipotez; niektóre z nich omawia w dodatku 60/60 nasz redakcyjny historyk prof. Wiesław Władyka (s. 40). Ważną specyfiką jest, wyjątkowa w mediach światowych, organizacja firmy: jak przystało na nasz rodowód, jesteśmy połączeniem socjalizmu z kapitalizmem; rynkowego, multimedialnego przedsiębiorstwa i firmy rodzinnej, skupiającej pod jednym dachem i szyldem trzy pokolenia dziennikarzy. Przez 20 lat, od czasu uzyskania organizacyjnej samodzielności w 1990 r., byliśmy spółdzielnią pracy; teraz – pracowniczą spółką akcyjną.

Kiedyś, na początku transformacji, tych spółdzielni dziennikarskich było sto kilkadziesiąt, żadna, zdaje się, nie przetrwała. A szkoda. Historycznym zbiegiem okoliczności polscy dziennikarze otrzymali nieprawdopodobny prezent, mogli sami zostać właścicielami swoich tytułów i miejsc pracy. Nie ma lepszej formy ochrony niezależności redakcji niż zbiorowa własność. Wszakże pod warunkiem solidarności zespołu, a tego chyba zabrakło; w innych spółdzielniach, do pewnego momentu to śledziliśmy, zaczęły się wewnętrzne rozgrywki, próby przejęcia majątku, szybkiej sprzedaży tytułu, w końcu otwarte konflikty. O ile lepiej wyglądałaby dziś polska prasa, tak sądzę, gdyby udało się zachować dziennikarskie przedsiębiorstwa. Niestety, przeminęło i nie wróci.

Wspomniałem o zespole; to też pewna nasza odmienność. Jesteśmy korporacją średniej wielkości, więc może nietypową, ale mimo różnych kryzysowych fal, które i nas podmywały w ciągu prawie 30-lecia wolnego rynku, nie było tu zbiorowych zwolnień, dramatycznych redukcji zatrudnienia, wymuszonej wymiany pokoleniowej. Parę razy po prostu wszyscy zaciskaliśmy pasa. Obecność w redakcji na równych prawach – w dziennikarstwie to pewnie łatwiej – zarówno 20-, 30-, jak 60, a nawet 80- i 90-latków była/jest nie tylko symbolem ciągłości i stabilności firmy, ale też szczególnym kapitałem, zebranym ze skumulowanego doświadczenia. W redakcji zbiegły się różne polskie losy: mieliśmy/mamy w zespole więźniów Auschwitz (Marian Turski; także ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]