POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 18-20

Polityka

Piotr Pytlakowski

Nasze ulice

Wędrówki po miastach małych i dużych, namioty przed Sejmem, tłumy skandujące hasła o wolności. Obywatele obudzili się i przystąpili do ruchu oporu.

Ostatni tydzień. Codzienne falowanie. Napięcie rośnie, napięcie spada. Krzyk głośny i krzyk cichnący. Niedziela, poniedziałek, wtorek – tłum krzyczy do posłów. Środa, czwartek, piątek – do senatorów. Sobota, niedziela, poniedziałek – do prezydenta. I codziennie do jeszcze jednego człowieka.

Kot przeciąga się w oknie

Ulica Mickiewicza na Żoliborzu, sobota wieczór. Kilkaset osób spaceruje przed szarą willą w kształcie klocka. Młoda kobieta z cytatem na kartce papieru: „Ubecka wdowa”. Chłopak w koszulce: „Jestem kanalia, morda zdradziecka”. Nowe inwektywy wyparły stare, gorszy sort już wypadł z obiegu, bo inwencja nie opuszcza prezesa i jego sztabu.

W willi zapala się światło. Na parapet w pokoju na parterze wskakuje czarny kot. Kiedy ludzie skandują swoje hasła o konstytucji i o kaczorze (Kaczorze), żeby poszedł precz, kot się przeciąga. Jakaś ręka sięga po kota, sylwetka w słabym świetle nierozpoznawalna, ale ktoś krzyczy: – Jest Jarosław! Jest Jarosław!

To przecież dom rodziny Kaczyńskich. Tu powinien mieszkać prezes PiS. Dlatego 20- i 30-latkowie z dopiero co zawiązanej grupy Młodzi 2017 zwołali się na spontaniczne zgromadzenie pod hasłem „Idziemy do Jarka na Żoliborz”. Poszli tam, żeby wiedział, iż oni tu są i bronią sądów, konstytucji i demokracji. Bronią przed nim.

Willi Kaczyńskiego chronią ludzie z Grom Group, byli żołnierze elitarnej jednostki specjalnej. Zajmują sąsiedni budynek, gdzie kryją się za szczelnie opuszczonymi żaluzjami. W sobotę wieczorem przed willą ustawia się też szpaler policjantów. A od strony ulicy Solskiego ochronę prezesa wzmacniają członkowie warszawskiego Klubu Gazety Polskiej. Ich szef Adam Borowski przemawia przez tzw. szczekaczkę. Mówi, że wynik demokratycznych wyborów dał władzę PiS i to fakt niepodważalny. Mówi, że ci, którzy teraz krzyczą, też mogą rządzić, jak wygrają wybory. – Dostali mandat, to fakt – przyznaje młody oponent. – Sam na nich głosowałem. Ale nie na satrapię, nie na łamanie konstytucji. Nie na ręczne sterowanie sądami. Niech Borowski powie, że to też jest w porządku, bo ludzie zagłosowali?!

Ale Adam Borowski na ten temat ani słowa. Młody nauczyciel historii, organizator akcji protestu przeciwko prezesowi, wznosi okrzyk: „Wszyscy razem pięści w górę, obalimy dyktaturę”. I tłum ściska pięści, skanduje. Kot w oknie znów się przeciąga.

W okolicach parlamentu ruch całą dobę. Obok stojącego tu od grudnia 2016 r. namiotu OSA (ruch Obywatele Solidarnie w Akcji) pojawiają się inne. Przybywają ci, którzy jak chłopak z Poznania mówią, że przygonił ich tutaj bolesny wkurw (to określenie pojawia się najczęściej). – Siedziałem w robocie i czułem gniew. Ani się skupić, ani coś robić. Poprosiłem o urlop i jestem – tłumaczy dwudziestoparolatek spod Szczecina.

Przeważają dziewczyny z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i mniejszych ruchów kobiecych (Protest Kobiet, Czarne Szmaty, Dziewuchy Dziewuchom, Parasolki, Ściana Furii, Śląskie Perły i wiele innych). Walą pod Sejm z całej Polski. Naładowane energią, która w każdej chwili może eksplodować, a wtedy „Szydło, niestety, twój rząd obalą kobiety”.

Nowy nastrój

W środę tłum gęstnieje już od rana. Sejm ochrania mur z metalowych barierek. Za nimi szpalery policjantów. Budynki sejmowe przypominają oblężoną twierdzę otoczoną przez tłum zdeterminowanych ludzi. Dziennikarz z Francji pyta: „Czy tak wygląda rewolucja?”.

Ktoś odpowiada: „Tak wygląda gniew!”.

Tu już nie ma atmosfery z dawnych marszów KOD, wzajemnych uśmiechów, ulicznych pląsów i wuwuzeli. Pikniki KOD miały swoją flegmatyczną dynamikę, grała KOD-Kapela, ze sceny przemawiali politycy, naród słuchał i potem grzecznie rozchodził się do domów, jak po pikniku. Teraz grzecznych coraz mniej, chociaż jeszcze pojawiają się starsze panie ze znaczkami KOD i wiankami na głowach, ale jakoś nie pasują do gniewnych dziewczyn z OSK. Politykom nie oddaje się mikrofonów. I nikt nie ogłasza końca zgromadzenia. Trwa na okrągło.

Kiedy na wprost policjantów staje Paweł Kasprzak, nieformalny lider ruchu Obywatele RP, i krzyczy przez mikrofon: „Synkowie, dopóki ja tu jestem, nikt na was nie podniesie ręki, ale wy też na nas nie podnoście!” – wybucha nagły entuzjazm. Kasprzak ma charyzmę wiecowego mówcy, potrafi porwać tłum. Z punktu widzenia władzy to groźny anarchista, chuligan uliczny. Ale on nieustannie odwołuje się do Gandhiego i pokojowego wyrażania obywatelskiego nieposłuszeństwa. „Nie odpowiadamy przemocą na przemoc” – tłumaczy ludziom. I znajduje akceptację.

Kiedy większość sejmowa kolanem przepycha swoje trzy ustawy sądowe, rozwalające w pył trójpodział władzy, tłum przed parlamentem jest rozgoryczony. Ktoś intonuje hymn, i słowa „Mazurka Dąbrowskiego” rozlegają się donośnie i dobitnie. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]