POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 26 (2304) z dnia 2001-06-30; s. 40-42

Świat

Roman Frister

Nasze, wasze, cudze

Yad Vashem znaczy po hebrajsku „imię wieczyste i niezniszczalne”

Yad Vashem w Jerozolimie jest największym i najpoważniejszym na świecie kompleksem naukowo-muzealnym zajmującym się badaniem historii Holokaustu. W jego archiwach znajduje się 57 mln dokumentów. Zbiór muzealny liczy 3500 dzieł sztuki i artefaktów z gett i niemieckich obozów koncentracyjnych. Teraz znajduje się w nim także wywieziona z Drohobycza polichromia Brunona Schulza.

Jerozolimskie Wzgórze Pamięci, godzina dziewiąta rano. Pierwszy autobus wjeżdża na parking Instytutu Yad Vashem. Kościelna wycieczka z Porto Rico. Zaraz po niej przybywa grupa turystów z Niemiec. Za nimi wojskowy pojazd z żołnierzami Straży Granicznej. O tej porze dnia słońce jeszcze nie praży, ale zapowiedź upału wisi już w powietrzu. Przybysze spieszą do Alei Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Korzenie posadzonych tu drzewek symbolizują straszną przeszłość, korony – życie. Do dziś uwieczniono pamięć ponad 18 tys. osób z trzydziestu pięciu krajów. Każda z nich ryzykowała życie pomagając prześladowanym Żydom. Jednych upamiętniono tabliczką pod drzewem w alei, innych plakietką wkutą w mur pamięci. Nie brak nawet nazwiska Japończyka Sempo Sugihara, konsula imperium wschodzącego słońca w Kownie, który – wbrew instrukcjom otrzymanym z Tokio – w 1940 r. wystawił Żydom 2500 wiz do Japonii. Niemal wszyscy zdołali się uratować. Jednak najwięcej Sprawiedliwych nosi polskie nazwiska. Jest ich, jak na razie, 5503. Także w internetowej witrynie Yad Vashem najliczniej cytowane są przypadki ratowania Żydów w Polsce.

Przybysze z Porto Rico wysłuchują objaśnień mówiącego po hiszpańsku przewodnika. Nie spieszą się, mimo że czeka ich kilka godzin zwiedzania. Wystawy, muzea, archiwa, biblioteki i inne pomieszczenia instytutu rozrzucone są po całym wzgórzu, wszystkiego razem 184 tys. metrów kwadratowych. Niektóre przyrastają do jego zboczy jak wstrząsające narośle. Symboliczny wagon towarowy, jakimi wożono Żydów do komór gazowych, niemal zawieszony w powietrzu, wydaje się staczać w przepaść. To dzieło słynnego architekta Moszego Safdi. U wejścia jazgot młotów pneumatycznych. Yad Vashem rozbudowuje się. W tym miejscu wkrótce powstanie nowe muzeum – Sztuki Holokaustu. W zbiorach Yad Vashem znajdowało się do niedawna 3500 rysunków, obrazów, rzeźb i artefaktów. Wszystkie są dziełem Żydów więzionych w gettach i niemieckich obozach koncentracyjnych. Teraz jest tych dzieł już trzy tysiące pięćset i jedno. To dodatkowe to ścienne malowidło Brunona Schulza przywiezione z Drohobycza. Przewodniczący Zarządu Yad Vashem Awner Szalew, reagując na falę oburzenia, jaka przetoczyła się przez Polskę, powiada: – Nie mamy zamiaru odbierać Schulza polskiej spuściźnie kulturalnej. Nikt nie kwestionuje jego przynależności do polskiej literatury i fakt ten zostanie odpowiednio podkreślony w naszej ekspozycji. Pomyślmy jednak realnie: w dawnej willi gestapowca Landaua w Drohobyczu nikt by jego malowidła nie widział. Zdaniem ekspertów, nie przedstawia ono wielkiej wartości artystycznej. Dla nas, i tylko dla nas, ma ono wartość historyczną, ponieważ jest bezpośrednio związane z Holokaustem. Przy ulicy Tarnowskiego 14 z biegiem czasu przypuszczalnie uległoby całkowitemu zniszczeniu. Tutaj zobaczą je co roku ponad dwa miliony zwiedzających.

Oświadczenie pracownicy izraelskiej ambasady w Warszawie, która w rozmowie z ministrem kultury powiedziała, iż Yad Vashem jest instytucją prywatną, to oczywista bzdura. Wynikało, być może, z zakłopotania, z chęci szybkiego umycia rąk. Yad Vashem jest instytucją państwową. W tym roku otrzymuje z budżetu 9 mln dolarów na bieżącą działalność. Dodatkowe 10 mln pochodzi od rozsianych po świecie darczyńców. Program intensywnej rozbudowy pochłonie jeszcze 21 mln dolarów; darczyńcy dokładają brakujące 17 mln. Największym sponsorem jest żydowska międzynarodowa Komisja Restytucyjna, tzw. Claims Conference. Ministerstwo Edukacji reprezentuje interesy Yad Vashem wobec parlamentu, ale nie jest jego władzą zwierzchnią. Minister edukacji nie ma prawa ingerencji w decyzje podejmowane przez Zarząd.

Pomysł stworzenia instytutu pamięci narodził się podczas drugiej wojny światowej, kilka lat przed powstaniem Państwa Izrael, gdy do ówczesnej Palestyny nadeszły pierwsze wieści o zagładzie europejskiego żydostwa. Jego autorem był Mordechaj Szenhawi, członek kibucu Miszmar Haemek koło Hajfy. Początkowo chciał umieścić wymyśloną przez siebie instytucję w lasach góry Karmel. Dopiero po uzyskaniu niepodległości, gdy Jerozolimę ogłoszono stolicą młodego państwa, tam właśnie zapragnął instytut ulokować. Ale w pierwszych latach niepodległości starania Szenhawiego napotykały liczne trudności. Dawid Ben-Gurion, pierwszy premier Izraela i gorący syjonista, uważał, iż najlepszym pomnikiem czczącym pamięć 6 mln zamordowanych jest państwo żydowskie jako takie. Dopiero w 1953 r. Kneset przeforsował ustawę o założeniu narodowego instytutu pamięci. Jego nazwa została zapożyczona z biblijnej Księgi Izajasza. W Księdze tej Bóg, przemawiając ustami proroka, przyrzekł swoim wiernym „imię wieczyste i niezniszczalne” – po hebrajsku Yad Vashem.

Ustawa zobowiązuje państwo do finansowania instytutu, zezwalając równocześnie na mobilizowanie środków pieniężnych z innych źródeł, w kraju i za granicą. Ustala także zakres jego działalności. Powinien on m.in. zajmować się uwiecznieniem pamięci zarówno tych Żydów, którzy stracili życie podczas Holokaustu, jak i tych, któ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]