Czwartek, 17 maja 2012
Gdy minister edukacji zapowiedziała ostatnio powołanie zespołu do opracowania nowej ustawy o statusie nauczyciela, ZNP jak zwykle odpowiedział, że nie zgadza się na likwidację Karty Nauczyciela. Między innymi dlatego tysiące nauczycieli to osoby niedokształcone i bez powołania.
Nauczycieli jest w Polsce 658 tys. To więcej niż liczą wojska lądowe w amerykańskiej armii. Dlatego dobrze słyszalne bywają ich narzekania na niskie zarobki. Przeważnie – narzekania anonimowe. Wolą, żeby do szefa nie doszło, że to oni mówią, bo mogą stracić pracę albo dodatek motywacyjny. Jan Průcha, wybitny czeski specjalista od teorii i praktyki pedagogicznej, w „Pedagogice porównawczej” konstatuje, że do zawodu nauczyciela najczęściej trafiają ludzie z syndromem posłuszeństwa, uległości, niechętni do walki, mówienia „nie”. Jeśli ktoś nie ma tych cech, raczej w szkole nie wytrzyma. Na forach internetowych branżowych czasopism słychać więc anonimowy jęk. Nierzadko z użyciem przekleństw oraz oryginalnej ortografii. Internautka „ala” na forum „Głosu Nauczycielskiego” o podwyżkach płac pisze: „skur...o i kure...wo!”. „Beta” nie może w coś „uwieżyć”; pisze też, że w Świętokrzyskiem, „z kąd” pochodzi, sytuacja na rynku pracy jest trudna.
Trzynastu na jednego
Polscy nauczyciele to w ogromnej większości kobiety (ponad 80 proc.) z wyższym wykształceniem (97 proc.). Statystyczny wiek – około 40 lat. Niestety, wielu, zwłaszcza lektorzy języków obcych, nie mogą się pochwalić przygotowaniem pedagogicznym. Około 9 proc. objętych przywilejami nauczycielskimi nie uczy żadnego przedmiotu; to bibliotekarze, psychologowie, pedagodzy szkolni i rozmaici konsultanci. Na nauczyciela w szkole podstawowej przypada 13 uczniów, w gimnazjum – 17, a w szkole ponadgimnazjalnej – 20. Niemal wszyscy zatrudnieni są na zasadzie umowy o pracę, tylko 0,37 proc. w innej formie (wszystkie dane z raportu Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli).
Oczywiście, nie wszyscy nauczyciele zmagają się z ortografią i objawiają drastyczne braki w kulturze osobistej. Są wśród nich wciąż siłaczki i siłacze. Prawdopodobnie większość wykonuje swoją pracę rzetelnie, ale ci nierzetelni, niedouczeni, nieetyczni psują opinię całej grupie zawodowej.
Profesorowie pedagogiki obserwują, że do zawodu trafiają ludzie niedojrzali emocjonalnie, pokaleczeni psychicznie. Replikują złe wzorce, wyniesione z własnej edukacji: szykany, poniżanie uczniów, krzyki. Badania prof. Stanisławy Tucholskiej z KUL pokazują, że ok. 20 proc. to ludzie mocno wypaleni, kolejne 20 proc. to tacy, których wystarczy wzmocnić, by nie krzywdzili swoją pracą uczniów. 30 proc. to niepoprawni naprawiacze świata, zaangażowani, wierzący w misję, często powielający tradycje rodzinne w zawodach służby społecznej. Jak Grzegorz Lorek, Nauczyciel Roku 2002 z I LO w Lesznie, biolog, który siedzi w nocy, by odpowiedzieć uczniowi na mejla z pytaniem, jak działają oczy sowy. Czy jak Katarzyna Walentynowicz, polonistka z L LO w Warszawie, która od lat prowadzi konkurs poetycki im. Jacka Kaczmarskiego Rytmy Nieskończoności. Nie są ideałami, są po prostu normalnymi, dobrze wykonującymi swoją robotę ludźmi, którym należałoby równie dobrze płacić. Mieli szczęście, bo trafili do porządnych szkół i na nieprzeszkadzających dyrektorów. W innym wypadku byliby niebezpieczni dla pozostałych.
Wielkie narzekania
O atutach tego zawodu, a stabilność zatrudnienia w dzisiejszych czasach to atut wielki, mówi się rzadko i zawsze w kontekście płac. – Denerwuje mnie wieczne narzekanie nauczycieli. Praca w szkole to nie kara. Od początku wiesz, że nie będziesz zarabiał 8 tys. zł. Ale wiesz też, że praca jest stała i pewna, że masz wakacje, ferie, regularną wypłatę, trzynastki, urlop dla poratowania zdrowia – wylicza Maria, świetna polonistka z warszawskiego liceum. – Jestem nauczycielką dyplomowaną, z dodatkiem motywacyjnym, miesiąc w miesiąc mam 2,8 tys. zł na rękę. Nie udzielam korepetycji, ale znam takich, którzy robią to codziennie. Godzina – 50 zł. Wystarczy 3–6 godzin tygodniowo, aby nieźle dorobić. Bardziej pracowici publikują w prasie branżowej, Internecie, są egzaminatorami w komisjach egzaminacyjnych.
Fakt, młodzi nauczyciele znajdują się na końcu zestawienia pokazującego zarobki osób podejmujących pierwszą pracę, sporządzonego przez firmę Sedlak&Sedlak. Pierwsza pensja to 1,7 tys. zł brutto. Więcej zarabiają m.in. młodzi handlowcy (1,9 tys. zł), pracownicy służby zdrowia (1,9 tys. zł), pracownicy sektora publicznego (2 tys. zł).
Kiedy porównać to z legendarną, chętnie przywoływaną w edukacyjnych dyskusjach Finlandią, jest marnie: tam młody nauczyciel zarabia 2 tys. euro, starszy 2,5–3 tys. euro. Ale tam na początku lat 90. w strategii rozwoju państwa położono nacisk na edukację. Na studia pedagogiczne w Finlandii trudno się dostać, jest 10 chętnych na miejsce. Kandydat musi przejść test przedmiotowy i praktyczny – przygotować fragment lekcji. Potem odbywa się rozmowa. W efekcie fiński nauczyciel legitymuje się przygotowaniem wręcz eksperckim. Musi ukończyć dwa fakultety i grać na jakimś instrumencie. Ponieważ niewiele dzieci trafia do szkół i ośrodków specjalnych, potrafi także pracować z dziećmi z różnymi deficytami i nie buntuje się z tego powodu.
A w Polsce? Etat to tylko 18 godzin nauczania w szkole i 24–26 godz. w przedszkolu. To najniższe pensum w Europie! Wielu nauczycieli pracę w ferie czy wakacje traktuje jako karę, podczas gdy w innych krajach jest ona normą. Pewien Anglik, który przyjechał do Warszawy jako ekspert od finansów, dziwił się: – U nas nauczyciele spędzają w szkole przeszło dwa razy tyle czasu co w Polsce. Chętnie używany argument, że to praca po 12 godzin na dobę, bo sprawdzanie zeszytów, bo przygotowanie konspektó...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]