POLITYKA

Czwartek, 30 czerwca 2016

Polityka - nr 28 (2966) z dnia 2014-07-09; s. 26-29

Społeczeństwo

Marcin Rotkiewicz

Nauki nadprzyrodzone

Homeopatia, parapsychologia, radiestezja, jasnowidztwo i inne pseudonauki zyskują oficjalne certyfikaty. W Polsce odbywa się powolna destrukcja nie tylko państwa świeckiego, ale też racjonalnego.

Czy coś łączy „Deklarację wiary” lekarzy ze studiami podyplomowymi homeopatii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym? Na pierwszy rzut oka prawie nic. A jednak...

Dwa lata temu hiszpańska Fundacja BBVA ogłosiła wyniki badań wiedzy naukowej obywateli Unii Europejskiej. Okazało się, że prawie 45 proc. Polaków (średnia dla Unii to 24,7 proc.) uważa, że „Bóg stworzył człowieka mniej więcej takiego, jak wygląda on dziś”, a tylko 37 proc. (średnia dla UE wyniosła 63,7 proc.), że „człowiek powstał w wyniku ewolucji z wcześniejszych gatunków zwierzęcych”. W pewnym momencie jakiś polityk może więc upomnieć się o prawa „przeważającej części narodu” do edukowania dzieci zgodnie z religijnym sumieniem rodziców i, choćby części, nauczycieli. Co prawda w badaniu z 2012 r. „tylko” 20 proc. ankietowanych uznało, że wiara powinna wyznaczać granice rozwoju nauki, ale jeśli owa jedna piąta Polaków będzie odpowiednio hałaśliwa, zwarta i wywrze silny nacisk polityczny, to może zyskać część z tego, w co głęboko wierzy i o co walczy. Jak np. zakaz szczepień i powszechny dostęp do homeopatii.

Śmierć i odrodzenie homeopatii

Przypomnijmy jednak najpierw, o co w ogóle z tą homeopatią chodzi. Stworzył ją na przełomie XVIII i XIX w. niemiecki lekarz Samuel Hahnemann. Działo się to w czasach, gdy wizyta u doktora była o wiele bardziej niebezpieczna niż nieskorzystanie z jego usług. Medycyna nie miała wiele wspólnego z tym, co znamy dzisiaj. Prosty przykład: powszechną metodę leczenia najrozmaitszych chorób i dolegliwości stanowiło „upuszczanie krwi”. Na tym tle homeopatia Hahnemanna wyglądała jak poważna teoria naukowa. Choć sprowadzała się właściwie do dwóch podstawowych założeń. Pierwsze brzmiało: „podobne leczyć podobnym”. Czyli: substancja (np. arszenik), która u zdrowej osoby wywołuje konkretny zespół objawów, wyleczy chorego człowieka, u którego też stwierdzono podobne objawy. Drugie założenie Hahnemanna to wiara w rozcieńczenia. Im bardziej rozcieńczymy roztwór owej substancji wywołującej objawy przypominające chorobę, tym silniej będzie działała ona na organizm. Wystarczy tylko przy dokonywaniu kolejnych rozcieńczeń energicznie potrząsać preparatem.

W XIX w. homeopatia święciła w Europie triumfy, ale w kolejnym stuleciu padła pod ciosami nowoczesnej medycyny opartej na nauce i rzetelnej metodologii sprawdzania skuteczności. Zarówno zasada „podobne leczyć podobnym” została zweryfikowana negatywnie, jak i przekonanie o rosnącej mocy coraz bardziej rozcieńczonego preparatu. Jak bowiem mógł działać „roztwór”, w którym nie znajduje się nawet jedna cząsteczka chemiczna substancji mającej mieć właściwości lecznicze?

Jednak pogłoski o śmierci homeopatii okazały się przedwczesne. Jak piszą autorzy książki „Lekarze czy znachorzy”, Simon Singh i Edzard Ernst, przetrwała ona m.in. w III Rzeszy, gdzie próbowano stworzyć Nową Niemiecką Medycynę. Odpowiadający za ten projekt Rudolf Hess, jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, okazał się gorącym zwolennikiem włączenia do niego homeopatii jako dzieła niemieckiej myśli i taniego sposobu produkcji lekarstw. Dlatego aż 60 uniwersytetów zapoczątkowało ogromny program badawczy, mający ponownie przetestować skuteczność teorii Hahnemanna. Wybuch wojny uniemożliwił opublikowanie jego wyników, a później dokumentacja zaginęła. Niektórzy uczestnicy programu ujawnili jednak, że wykazał on całkowitą nieskuteczność homeopatii.

Skąd zatem dzisiejsza popularność tej pseudonaukowej metody? Przyczyn jest sporo. Homeopatia po drugiej wojnie światowej zawędrowała do Indii, gdzie stała się ogromnie popularna, a później – na fali fascynacji kulturami Dalekiego Wschodu w latach 70. XX w. – powróciła do Europy i Ameryki Płn. Na naszym kontynencie powstało też dość silne lobby, wspierane przez producentów homeopatycznych specyfików, którzy zarabiają spore pieniądze na sprzedawaniu wody i cukrowych kuleczek (bo tym de facto są środki homeopatyczne niezawierające, po wielokrotnych rozcieńczeniach, żadnej substancji czynnej) jako rzekomych leków na najrozmaitsze choroby. Na tyle skuteczne, iż zdołało przeforsować w prawie Unii Europejskiej włączenie środków homeopatycznych do kategorii leków. Z tą istotną różnicą, że o ile konwencjonalne medykamenty w procesie dopuszczenia na rynek muszą udowodnić swoją skuteczność w badaniach klinicznych, o tyle środki homeopatyczne nie.

I to jest istota problemu. Mamy dziś sporo konwencjonalnych leków czy procedur medycznych (np. wszczepianie elektrod do mózgów pacjentów chorych na Parkinsona) o bardzo słabo poznanym mechanizmie działania. Stosuje się je jednak, gdyż okazały się skuteczne. Gdyby więc założyć, że homeopatia w jakiś tajemniczy sposób, czyli za pomocą nieznanych nauce sił, działa, to powinna leczyć. Tymczasem wszystkie do tej pory przeprowadzone rzetelne badania wykazały, iż jej efekt niczym nie różni się od placebo, czyli po prostu siły sugestii. Podsumowując: homeopatia jest sprzeczna z aktualną wiedzą naukową i nieskuteczna.

Chocholi taniec ministerstw

Jak zatem mogła stać się kursem podyplomowym oferowanym na prestiżowej państwowej uczelni, którą jest Śląski Uniwersytet Medyczny? Zacznijmy od tego, że ŚUM nie jest pierwszą placówką akademicką wykładającą homeopatię. W 2006 r. znajdowała się ona w programie studiów farmaceutycznych wrocławskiej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]