Friday, 19 marca 2010
Co to jest ludobójstwo? Kto się go dopuszcza? Kim są ofiary?
Źle nazywać rzeczy – powiedział Albert Camus – to dodawać nieszczęścia światu”. Jego słowa przypomniała Assumpta Mugiraneza, ruandyjska badaczka ludobójstw, gdy na konferencji zorganizowanej przez warszawski Dom Spotkań z Historią wybuchła dyskusja o tym, czy rzezie Polaków na Wołyniu były ludobójstwem. Potem, kiedy prezydent nazwał ludobójstwem mord katyński i porównał go z Zagładą, o tym, co to jest ludobójstwo, dyskutowało już pół Polski. Dziś emocje nieco opadły, do sprawy jednak warto powrócić, bo dyskusja na ten temat nigdy się tak naprawdę nie skończy. A skoro tak, to warto choćby uporządkować pojęcia.
Zacznijmy od sprawy najprostszej: ludobójstwo jest terminem umownym. To jedynie kwestia definicji: można ją skonstruować tak szeroko, żeby za ludobójstwo uchodził każdy mord masowy, począwszy od jakiejś uzgodnionej liczby ofiar, albo tak wąsko, że ludobójstwem będzie jedynie Zagłada. Tyle że definicja ludobójstwa już istnieje. Zawiera ją podpisana w 1948 r. Konwencja ONZ o Zapobieganiu i Karaniu Zbrodni Ludobójstwa. Według art. 2 Konwencji, ludobójstwo to czyn „dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich”. Konwencja wylicza takie przykładowe czyny. Zauważmy więc, że kryterium ludobójstwa jest tu intencja zagłady, a nie liczba ofiar, i to intencja zagłady ściśle określonych rodzajów grup ludzkich. I choć Konwencja nie definiuje, jak wielka część takiej grupy miałaby zostać w intencji zbrodniarzy zgładzona, to należy zakładać, że winna być ona znaczna.
W świetle definicji ONZ jest rzeczą oczywistą, że mord katyński ludobójstwem nie był, bo choć intencją Stalina istotnie było wymordowanie polskich oficerów w całości, to nie byli oni przecież „grupą narodową, etniczną, rasową lub religijną”, lecz zawodową. Tak skonstruowana definicja ma jednak dalej idące konsekwencje: w oparciu o nią trudno w ogóle zakwalifikować jako ludobójstwo jakiekolwiek zbrodnie komunistyczne.
Choć bowiem Lenin, Stalin czy Mao nie kryli się ze swymi zamiarami mordowania całych grup ludzkich (przypomnijmy choćby program „likwidacji kułactwa jako klasy”), to grupy te definiowali na podstawie kryteriów społecznych czy polityczne, a te w zakres definicji zawartej w Konwencji nie wchodzą.
Nieobecność tych kryteriów w definicji zawartej w Konwencji nie jest kwestią przypadku. Definicję opracował polski prawnik pochodzenia żydowskiego Rafał Lemkin, na świecie uznawany za jednego z wielkich pionierów walki o prawa człowieka, w Polsce niemal nieznany (chwalebne starania o przywrócenie jego pamięci czyni dr Agnieszka Bińczyk-Missala z UW). Swe prace rozpoczął już w latach 30., poruszony świeżym wówczas tematem ludobójstwa Ormian w Turcji otomańskiej, lecz dopiero wojna sprawiła, że dostrzeżono fundamentalne znaczenie jego prac.
Odkrycie pełnej grozy Zagłady było głównym powodem opracowania Konwencji, która miała zapewnić, że do takich zbrodni nigdy więcej nie dojdzie. W swej pierwotnej definicji Lemkin istotnie zawarł kryteria społeczne i rozważał polityczne – lecz ich uwzględnienie zawetowała delegacja sowiecka w ONZ, słusznie uważając, że godziłoby ono w politykę Moskwy. Sowieckie weto zaś udaremniłoby powszechną stosowalność Konwencji, a może wręcz samo jej uchwalenie; pozostałe państwa przystały więc na sowiecki dyktat. Dlatego też definicja jest taka, jaka jest.
A jak w jej świetle wyglądają rzezie wołyńskie? Także i tu fakty nie spełniają kryteriów definicji. Celem ukraińskich nacjonalistów nie było wymordowanie „w całości lub w części” wszystkich Polaków ani nawet wszystkich Polaków na Wołyniu. Masowe mordy były narzędziem realizacji zbrodniczej polityki, a nie celem samym w sobie. Ich organizatorom chodziło o wypędzenie Polaków z ziem etnicznie mieszanych; całkowicie im nie przeszkadzało, że jacyś Polacy będą żyć sobie gdzieś za przyszłym kordonem. Była to klasyczna czystka etniczna. Ta zbrodnia z kolei nie spełnia innego kryterium zawartego w definicji, a mianowicie eksterminacyjnej intencji zbrodniarzy. Nie była ludobójstwem.
Istotnym kontrargumentem może tu jednak być fakt, że Międzynarodowy Trybunał Karny ds. byłej Jugosławii uznał za ludobójstwo wymordowanie w 1995 r. przez wojska bośniackich Serbów około 8 tys. muzułmańskich mieszkańców Srebrenicy. Choć żadna pojedyncza zbrodnia na Wołyniu nie pociągnęła za sobą aż takiej liczby ofiar, to przecież nie liczba ofiar stanowi o ludobójstwie, lecz intencja sprawców. Jeśli w Srebrenicy doszło do ludobójstwa, to czy inaczej zakwalifikować można na przykład rzezie wołyńskiej Krwawej Niedzieli? Zanim odpowiemy na to pytanie, przypomnijmy, że skazany za ludobójstwo w Srebrenicy gen. Radislav Krstić z kolei uważał, że 8 tys. ofiar to jak na ludobójstwo za mało, i głośno protestował przeciwko takiej kwalifikacji swego czynu, na co przewodniczący Trybunału odparł: „A jaka liczba ofiar zadowoliłaby pana generała?”.
Zawarte w definicji ludobójstwa kryterium intencjonalności broni się dobrze, jeśli chodzi o wyodrębnienie ludobójstwa z ogólnej kategorii masowych mordów, jakie towarzyszą ludzkim dziejom. Czystki etniczne w Bośni czy na Wołyniu bardziej przypominają przecież, powiedzmy, średniowieczne rzezie tatarskie niż Oświęcim i Treblinkę. Ale, istotnie, wykluczenie z definicji kryteriów społecznych – dzięki czemu Stalin i Mao, a zapewne i sądzony obecnie w Phnom Penh towarzysz Duch, unikają uznania ich za ludobójców – budzi sprzeciw. Czy nie należałoby więc definicji zmienić, tym bardziej że taka też była pierwotna intencja jej autora?
Nie daj Boże. Nie tylko bowiem wcale nie jest jasne, czy Federacja Rosyjska zajęłaby w tej sprawie inne stanowisko niż Związek Sowiecki, ale jest cudem, spowodowanym powojennym szokiem, że Konwencja w ogóle została przyjęta. Zbyt wiele państw członkowskich ONZ otarło się, w ten czy inny sposób, o ludobójstwo – jako sprawcy, nie tylko jako ofiary – by można było mieć wątpliwości, że wszelkie majstrowanie przy definicji skończyłoby się jedynie jej rozwodnieniem. Przy obecnych politycznych preferencjach w ONZ skończyłoby się zapewne definicją, z której by wynikało, że ludobójstwo to jest jedynie to, co Niemcy podczas II wojny światowej uczynili Żydom. Oraz cokolwiek, co kiedykolwiek Izraelczycy uczynili czy też uczynią Palestyńczykom.
Choć jednak definicja prawna jest jasna i powinna pozostać niezmieniona, to nie tylko prawnicy mogą definiować zjawiska historyczne. Ludobójstwo, choć historycznie nowe, bo przed XX w. nie występowało, towarzyszy już nam wystarczająco długo, by można się pokusić o jego historyczną definicję.
Na przykład profesor Joel Kotek z Wolnego Uniwersytetu w Brukseli uważa, że ludobójstwo jako zjawisko historyczne, a nie prawne, spełniać musi zasadnicze kryterium: ofiary, jakkolwiek by były definiowane, muszą być przeznaczone do całkowitej eksterminacji wszędzie tam, gdzie sięga władza ludobójców. Nie ma mowy o „zniszczeniu w części”; zginąć muszą wszyscy. Zamyka się więc szczelnie granice i eksterminuje systematycznie; żadne działania ofiar, zmiana wyznania czy przynależności politycznej, czy nawet wierna służba mordercom nie mogą zmienić ich losu. Co więcej, dzieje się tak nawet wtedy, gdy realizacja eksterminacji godzi w strategiczne interesy popełniającego tę zbrodnię państwa.
To kryterium, spójne i precyzyjne, jest jednak jeszcze bardziej restrykcyjne niż definicja zawarta w Konwencji. W jego świetle tylko cztery zbrodnie XX w. były ludobójstwami: eksterminacja Hererów przez niemieckie wojska kolonialne w dzisiejszej Namibii w latach 1904–1907, wymordowanie Ormian przez Turcję otomańską podczas I wojny światowej, wymordowanie Żydów i Romów przez Niemcy hitlerowskie podczas II wojny światowej oraz wymordowanie Tutsich przez zdominowane przez hutyjskich ekstremistów państwo ruandyjskie w 1994 r. Żadne inne masowe zbrodnie XX w. tego kryterium nie spełniają, we wszystkich z nich bowiem kolaboracja czy konwersja pozwalały uniknąć śmierci, choć skazywały z reguły na żywot niewolnika.
Tak restrykcyjne podejście będzie jednak budzić nieuchronnie protesty innych grup ofiar masowych zbrodni, które będą miały poczucie, że wykluczenie ich z tej listy w jakiś sposób umniejsza rangę ich cierpienia. Świadomie czy nie, wszystkie ofiary przyjmują bowiem po II wojnie światowej za punkt odniesienia ogrom potępienia dla sprawców i sympatii dla ofiar, z jakim świat zareagował na hitlerowskie ludobójstwo Żydów. Żadna inna grupa ofiar nie doświadczyła tego w takim stopniu. Ale, świadomie czy nie, wszystkie uważają, że im też, proporcjonalnie, taka reakcja się należy, bo przecież ich cierpienie było nie mniejsze.
I tak dochodzimy do trzeciego, po prawnym i historycznym, rodzaju definicji ludobójstwa: do definicji politycznej. Czyli takiej, której podstawą nie jest analiza historyczna lub prawna, lecz analiza interesu zbiorowego. Analiza taka jest z całą pewnością uprawniona. Zbrodnie miewają różną skalę, lecz cierpienie trudno jest stopniować. Ktoś, kogo cała rodzina zginęła w wołyńskiej rzezi, nie cierpiał mniej od kogoś, kogo cała rodzina zginęła w getcie warszawskim. Z całą pewnością uznanie przez świat rozmiaru cierpienia, solidarność z ofiarami i nienawiść do katów słusznie należą się wszystkim ofiarom. A skoro nazwanie zbrodni, która to cierpienie spowodowała, ludobójstwem, zdaje się ułatwiać uzyskanie takiej reakcji świata, to byłoby czymś nie tylko nierozumnym, ale wręcz niegodziwym, odmawiać ofiarom prawa do tej nazwy. W przeglądarce Google hasło „holokaust Żydzi” daje niecałe 100 tys. wyników. Bez Żydów – 332 tys.
Tyle tylko, że w zależności od tego, jakiego rodzaju definicją będziemy się posługiwać, odnosić się będziemy do trzech różnych spraw. Definicja prawna, zdeformowana i niesprawiedliwa, mówi o zbrodniach, które można ścigać. Definicja historyczna, spójna, lecz restrykcyjna, mówi o radykalnie nowym fenomenie w dziejach ludzkości. Definicja polityczna, ważna tylko dla tych, którzy chcą się pod nią podpisać, mówi o bezmiarze ludzkiego cierpienia. Wszystkie jednak odwołują się do tego samego słowa. Słowa, które przecież możemy sobie zdefiniować tak, jak się umówimy.
Definicja polityczna, po ludzku najbardziej zrozumiała, otwiera jednak pole dla nadużyć. Jeśli każdy może definiować ludobójstwo tak, jak to uzna za stosowne, to co może na przykład przeszkodzić Rosji w oskarżaniu Gruzji o ludobójstwo Abchazów? Nic. I Rosja istotnie takie oskarżenie wysunęła, sama zarazem kategorycznie odrzucając ukraińskie oskarżenia o popełnienie ludobójstwa podczas Hołodomoru. Ukraina z nie mniejszym oburzeniem odrzuca polskie oskarżenia o ludobójstwo na Kresach. Polski wprawdzie nikt o ludobójstwo jeszcze nie oskarżył, więc tu łańcuszek się urywa. Ale w tej kakofonii oskarżeń gubi się to, co miało być ich podstawą – szacunek dla bezmiaru ludzkiego cierpienia. Jest raczej przeciwnie – cierpienie staje się jedynie liczmanem.
I wtedy okazuje się, jak bardzo Camus miał rację.
Konstanty Gebert, publikujący jako Dawid Warszawski, jest dziennikarzem i tłumaczem, autorem książek poświęconych także tematyce bliskowschodniej.