Czwartek, 17 maja 2012
Rozmowa z Pablo Pinedą, hiszpańskim aktorem amatorem, grającym główną rolę w filmie „Ja, też”, który wszedł na ekrany polskich kin.
Aleksandra Lipczak: – „Ja, też” to film o tobie?
Pablo Pineda: – Nie, bohater jest całkowicie fikcyjny.
Ale macie wiele wspólnego. Bohater, Daniel, jest pierwszym Europejczykiem z zespołem Downa, który skończył studia – tak jak ty.
Są podobieństwa, ale bez przesady. Skończyłem właściwie dwa kierunki studiów, pedagogikę specjalną i psychopedagogikę. Prawie skończyłem, bo na drugim kierunku mam jeszcze parę egzaminów do zdania. Daniel studiował pedagogikę i, tak jak ja jakiś czas temu, pracuje w pomocy społecznej.
Reżyserzy filmu, Antonio Naharro i Álvaro Pastor, opowiadają, że zobaczyli cię w telewizji i postanowili zrobić o tobie film.
Zainteresowało ich już samo istnienie osoby z zespołem Downa, która ma tak duże możliwości intelektualne, że udało jej się skończyć studia. Stwierdzili, że zrobią z tego film. Ale kto mógł to zagrać? Wyszło na to, że tylko ja.
Czym cię przekonali?
Nabrałem zaufania, kiedy dowiedziałem się, że znają temat z bliska. Siostra Antonio Naharro ma zespół Downa (w „Ja, też” gra zakochaną tancerkę), córkę z Downem ma też producent filmu Julio Medem. Pomyślałem, że podejdą do tematu z szacunkiem.
Czym właściwie jest zespół Downa?
Łatwiej powiedzieć, czym nie jest. Nie jest chorobą, jak się wszystkim wydaje. Nie jest opóźnieniem w rozwoju, przeciwnie, nasz rozwój przebiega prawidłowo w ramach naszych biologicznych możliwości. Nie jest też ułomnością, bo stać nas na o wiele więcej, niż się wydaje.
To czym jest?
Przejawem ludzkiej różnorodności, cechą charakterystyczną. Wypadło na mnie i mam o jeden chromosom więcej. Ludzie z Downem mają odmienny sposób myślenia, uczenia się, przetwarzania informacji – trochę wolniej, po prostu inaczej.
Ty jesteś wyjątkiem?
Bez przesady. Chodzi chyba o to, że mam dar ekspresji, rzadko spotykany u osób z zespołem Downa. To on przyciąga uwagę ludzi.
Opowiedz o swojej nauce.
Moi rodzicie od początku wiedzieli, że ich syn nie jest downem, ale po prostu synem, którego trzeba wychować i wyedukować jak pozostałe dzieci – mam trzech starszych braci – który musi być jak najbardziej niezależny i samodzielny. Nigdy nie byli wobec mnie nadopiekuńczy. Przeciwnie – zmuszali mnie, żebym się wysilił, wychodził z domu, miał kolegów.
Miałeś wrażenie, że nauka kosztuje cię więcej niż innych?
Najwięcej wysiłku wkładałem nie w samą naukę, lecz w udowadnianie innym, że jestem tak samo zdolny, że mogę studiować. To był ten podwójny wysiłek, przed którym staje każda niepełnosprawna osoba – pokazać, że może.
Hiszpańskie media traktują cię jak bohatera. „Pablo Pineda, który pokonał własne ograniczenia” – piszą dziennikarze.
Trochę przesadzają. To prawda, stałem się głosem grupy, która nigdy nie miała głosu. Rzecznikiem, który wali prawdę w oczy społeczeństwu: proszę państwa, jesteśmy tu z wami i chcemy być pełnoprawnymi obywatelami. Ale nie jestem ani bohaterem downów, ani najmądrzejszym z głupków. Jestem tylko głosem, który mówi, że jeśli się chce, to można.
To, co osiągnąłeś, jest w zasięgu wszystkich ludzi z zespołem Downa?
Myślę, że każde dziecko z zespołem Downa, jeśli odpowiednio się je stymuluje, może zajść wysoko – tyle że niekoniecznie na uniwersytet.
Wróćmy do filmu. Ile razy go widziałeś?
Osiem. Za każdym razem na nowo przeżywam.
Lola Dueñas, twoja filmowa partnerka, mówi, że grasz „prosto z serca” i że było to dla niej wyzwanie.
Mocno przeżywałem wszystko, co działo się na planie. My, ludzie z zespołem Downa, nie potrafimy udawać, jesteśmy bardzo emocjonalni. Brzmi jak stereotyp, ale tak jest. Ja na przykład prawię czasem komplementy jak szalony. Inni lubią uściski, całusy. Czasem aż do przesady.
A propos stereotypów, idąc na „Ja, też” spodziewałam się dramatu społecznego albo wyciskacza łez, a to bardzo lekki, w gruncie rzeczy radosny film.
Tak właśnie jest! Twórcy zrobili kawał dobrej roboty, bo potraktowali temat bez dramatycznych usztucznień. Życie ludzi z Downem ma swój radosny, wręcz komiczny wymiar. Podczas zdjęć dostawaliśmy z Lolą takich ataków śmiechu, że prawie musieliśmy przerywać zdjęcia.
Podobno sporo też razem płakaliście?
Wytworzyło się między nami takie porozumienie, że kiedy jedno zaczynało płakać, płakało też drugie. To samo ze śmiechem. Potężna chemia. Dotykaliśmy nawzajem swoich czułych punktów.
A skąd te łzy?
Płakałem, bo sam przeżyłem ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]