POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 50 (2534) z dnia 2005-12-17; Polityka. Niezbędnik Inteligenta; s. 3-9

Filozofia. Nędza humanistyki

Jacek Żakowski

Nie ma szczęścia bez myślenia

Profesor Tadeusz Gadacz, filozof, w rozmowie z Jackiem Żakowskim

Jeżeli któryś z polskich filozofów jest lub może się stać następcą ks. Józefa Tischnera, to właśnie Tadeusz Gadacz (ur. 1955) – od początku lat 80. uczeń, asystent, przyjaciel i współpracownik Księdza Profesora. Łączy ich nie tylko styl filozofowania i sposób pisania, ale też przekonanie, że nie jest ono luksusem intelektu, że myślenie służy czemuś więcej, niż tylko rozumieniu świata – że filozofia powinna i potrafi pomagać ludziom w życiu. Tę tezę potwierdziła niezwykła popularność wydanej trzy lata temu nagradzanej i bestsellerowej książki „O umiejętności życia” (Znak 2002) stanowiącej jakby trzeci tom międzypokoleniowego tryptyku, zapoczątkowanego przez „Książeczkę o człowieku” Romana Ingardena i kontynuowanego w „Jak żyć” Tischnera. Był m.in. dziekanem Wydziału Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i kierownikiem katedry filozofii religii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest profesorem i kierownikiem katedry filozofii Collegium Civitas, przewodniczącym Komitetu Nauk Filozoficznych PAN, redaktorem prestiżowej serii „Klasyka filozofii”. Redagował m.in. 10-tomową encyklopedię „Religia”. Teraz pisze 4-tomową „Historię Filozofii XX wieku”.

Jacek Żakowski: – Czuje pan, że czegoś nam w Polsce brakuje?

Tadeusz Gadacz: Bardzo.

A czego brakuje?

Kultury. Szeroko pojętego życia duchowego.

Jak to się pana zdaniem objawia?

Najczęściej bezradnością. Zagubieniem egzystencjalnym. Lękiem. Niepewnością zasad. Poszukiwaniem nowej moralności. Na naszych oczach nikną kryteria kulturowe, na których ten świat jest oparty.

To jest efekt półwiecza komunizmu czy uboczny skutek transformacji?

Ja myślę, że sprawa jest poważniejsza. Jest jakiś groźny wirus w korzeniach dzisiejszej cywilizacji, w źródłach kultury, naszego człowieczeństwa i rzeczywistości duchowej.

Stygnięcie religii?

Nie tylko. W całym tym naszym doświadczeniu, z którego wyrasta wielka literatura, wielka filozofia, wzorce moralne, jakość międzyludzkich relacji. Zanikają nawet takie kluczowe pojęcia jak honor i przyzwoitość. W tych sprawach do dobrego tonu należy dziś sceptycyzm, który przeradza się w cynizm. Modne stało się demonstrowanie wiary, że w rzeczywistości żadnych zasad nie ma. Może kiedyś były, ale dziś nikt się nimi nie przejmuje i są już tylko interesy.

Ja ostatnio wciąż słyszę o zasadach moralnych.

Ale kiedy ktoś publicznie mówi o zasadach, to niemal zawsze czuje się w obowiązku puścić do słuchaczy oko. Wszyscy rozumieją, że to nie jest poważne. A poza tym, jeśli się nawet jakieś zasady uznaje, to głównie jako obowiązujące innych. Dla siebie zawsze mamy dobre usprawiedliwienie. Każdy już rozumie, że jak ktoś publicznie odwołuje się do wysokich wartości, to raczej nie po to, żeby się nimi kierować, tylko po to, żeby komuś tymi wartościami dołożyć. I ogół się na to godzi. Sporadycznie zdarza się jakiś krzyk rozpaczy. Taki jak artykuł prof. Barbary Skargi, która ku zaskoczeniu wszystkich nagle upomniała się o zwykłą przyzwoitość. To pojęcie zanika.

Może to są pojęcia przestarzałe. Honor dziedziczyło się przecież ze szlachectwem. Przyzwoitość była spoiwem mieszczaństwa...

Ale ogół też aspirował, by tym wartościom sprostać. Starał się do nich dorastać. Dziś ogół się z nich śmieje.

Wie pan, skąd się ta zmiana wzięła?

Są różne wyjaśnienia. Na przykład Habermas opisuje ten proces jako rozpad tradycyjnych wspólnot religijno-kulturowych i jako odpowiedź proponuje nową, niezwykle wyrafinowaną teorię komunikacji społecznej...

A pana zdaniem od czego to się zaczęło?

Może się nie zaczęło... Może to jest problem permanentny... Może po prostu przestaliśmy się z nim zmagać? Z całą pewnością nie jest to nowy problem. Pojawił się gdzieś pod koniec XVII w. wraz z odkryciem rozwoju naukowego. Bierdiajew uważał na przykład, że szczytem rozwoju humanistyki i kultury był wiek XV i XVI. Jego zdaniem ówczesna eksplozja humanistyki była wybuchem energii duchowej nagromadzonej w kontemplacji całego średniowiecza. Potem rozwój techniczny stopniowo wypłukiwał humanizm z kultury, aż wreszcie doprowadził do radykalnego antyhumanizmu. Jak to możliwe, że w XVI w. Pico della Mirandola głosił pochwałę godności człowieka, już dwieście lat później La Mettrie pisał książkę pod tytułem „Człowiek maszyna”, a w wieku XIX pojawił się materializm wulgarny, który twierdził, że nie ma różnicy między myślą a uryną, bo tak jak nerki wydzielają mocz, tak mózg wydziela idee.

Jednak była wielka humanistyka po XVI w.

Była. W XVII, w XIX, w XX wieku. Ale tendencja jest trwała. Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to, co skuteczne ad hoc, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne, a spychać na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Ta tendencja jest stara. Nowe jest to, że nie umiemy się jej przeciwstawić. W XIX w. był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś. Wtedy przyszła reakcja w postaci nowego zainteresowania rzeczywistością duchową.

Nietzsche?

Myślałem raczej o spirytualizmie krytykującym ówczesny światopogląd naukowy. Przecież nie przypadkiem pierwszego filozoficznego Nobla z literatury dostał w 1908 r. Rudolf Eucken za głoszenie filozofii rozwoju duchowego. We Francji Louis Lavelle i René Le Senne założyli wtedy czasopismo „Esprit” – czyli „Duch”. Pojawiła się fenomenologia, personalizm chrześcijański, filozofia dialogu. Wszystkie te nurty upominały się o rzeczywistość duchową. Zderzenie z technologią przyniosło ogromny rozwój filozofii i humanistyki. Wielki wysiłek został wykonany dla zrozumienia zmieniającego się świata i ludzkiej kondycji w tym świecie.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]