POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 36 (2157) z dnia 1998-09-05; s. 15

Wydarzenia

Zdzisław Raczyński

Nie odejdę!

Wątpliwości co do swojej dobrowolnej dymisji, do której wezwała go specjalną uchwałą Duma Państwowa, rozwiał sam Borys Jelcyn. W piątkowym wywiadzie telewizyjnym oświadczył krótko: "Nie zamierzam rezygnować. Bardzo trudno mnie usunąć, a zważywszy mój charakter jest to praktycznie niemożliwe".

Moskiewska "Trybuna", która nie jest bynajmniej organem wściekłej opozycji komunistycznej, lecz poważną gazetą, finansowaną przez Gazprom, wyszła w piątek, 21 sierpnia pod krzyczącym tytułem: "Jelcyn żyje, ale tego można się tylko domyślać". Na tle pogłębiającego się kryzysu, padającego rubla i telewizyjnych obrazków, pokazujących ludzi szturmujących banki, wszelkie pogłoski wydawały się w pełni wiarygodne, a rewolucyjny nastrój wcale nie przesadny. Nic nie jest jednak lepszą zapowiedzią długiego żywota niż fałszywa wiadomość o śmierci. Jelcyn w swoich wspomnieniach pisze, że podczas chrztu pijany pop omalże go nie utopił. Może dlatego rosyjski prezydent wciąż utrzymuje się na powierzchni i pokazuje figę autorom nekrologów o swojej politycznej śmierci.

Trzeba mieć bardzo krótką pamięć, aby oczekiwać dobrowolnej dymisji od polityka, który nie zawahał się w obronie swojej władzy wydać rozkaz strzelania do parlamentu i który tylko raz w życiu, gdy był pod narkozą na stole operacyjnym, zgodził się na krótkie przekazanie guzika atomowego swemu konstytucyjnemu następcy. Jelcyn zdaje sobie jednak sprawę, że jego czas i biologiczny, i polityczny dobiegają końca. Jeśli nawet nie gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia rosyjskiego prezydenta było przyczyną zauważalnej nerwowości na Kremlu w ostatnich dniach, to przecież nie sposób ukryć drżących rąk, niepewnego kroku i nie zawsze odpowiednich do sytuacji wypowiedzi i zachowań. Społeczne poparcie dla prezydenta spadło rekordowo, jednych sojuszników się pozbył, inni go opuścili; władza powoli wycieka z Kremla jak woda ze spękanego bukłaka. Dlatego sam Jelcyn wskazał rok 2000 jako kres swojej władzy.

Czas, jaki mu pozostał, chce spędzić w miarę bezkonfliktowo, przygotowując następcę. Proponuje więc politycznym przeciwnikom pakt o nieagresji: nie szarpcie mnie, to i ja pozostawię was w spokoju, tym bardziej że sprawy w Rosji wyglądają zupełnie nieciekawie i jeśli weźmiemy się za łby, to utoniemy wszyscy razem. Jeśliby chodziło tylko o los samego Borysa Jelcyna, porozumienie między głównymi uczestnikami politycznej gry w Rosji byłoby osiągnięte w ciągu godziny. Ale gra nie toczy się już o Jelcyna, lecz o schedę po nim.

Wielkie konglomeraty finansowo-przemysłowe, które skutecznie przeciwstawiły się nieśmiałym próbom reform podczas pięciomiesięcznych rządów Siergieja Kirijenki i wymusiły na Jelcynie dokonanie pałacowego coup d´etat, chcą zabezpieczyć się przed recydywą liberalnych zapędów "nieobliczalnego Jelcyna". Nie mogą przy tym dopuścić do nadmiernej destabilizacji.

Wiktor Czernomyrdin i burmistrz Moskwy Jurij Łużkow, którzy nie skrywają swoich prezydenckich ambicji, przepychają się, by zająć najdogodniejsze miejsce na starcie. Przywódca komunistów Giennadij Ziuganow, który na czapkę monomacha liczyć raczej nie może, chce zabrać ją z Kremla do Dumy.

A wszystkie te manewry i podchody przebiegają na chyboczącym się pokładzie, z którego rufy, gdzieś z Krasnodarskiego Kraju, dobiega tubalny głos generała Lebiedzia: - Jest pewien człowiek, który wie, co robić. Znam tego człowieka i wy go znacie. Rosjanie rzeczywiście znają tego człowieka i wsłuchują się w jego głęboki bas. Więc chociaż Wiktorowi Czernomyrdinowi bardziej odpowiadałoby rozpisanie wyborów prezydenckich jak najszybciej (bo wszak nie wiadomo, jakim dorobkiem Wiktor Stiepanowicz będzie mógł się pochwalić za dwa lata), Jurijowi Łużkowowi - odwrotnie - z tych samych względów na rękę jest odroczenie ostatecznej rozgrywki, a Giennadij Ziuganow waha się między zalecanym w danej chwili politycznym kunktatorstwem a rewolucyjną niecierpliwością współtowarzyszy. Wszyscy muszą czekać, aby trafniej ocenić sytuację.

Zatem jedynym rozwiązaniem pozostaje kompromis na nowym poziomie, który otwierałby drogę zarówno do przezwyciężenia kryzysu rządowego, od czego zależy zachowanie szans na uporanie się z kryzysem finansowym, jak i do nowych targów w przyszłości. I takie kompromisowe porozumienie musi być zawarte. Jakkolwiek to wygląda paradoksalnie, ramy porozumienia zakreślił znajdujący się w defensywie Jelcyn: zawieszenie broni na półtora roku, podczas którego prezydent nie rozpędzi Dumy ani nie zmieni premiera, a Duma nie będzie domagała się dymisji rządu; przekazanie szefowi rządu nieco szerszych uprawnień niż dotychczas i autonomii w określaniu bieżącej polityki; otwarcie możliwości zmian ustrojowych w przyszłości. Jelcyn, chociaż wydaje się być głównym przegranym, nie stracił na razie nazbyt wiele. Czernomyrdin dostanie więcej pełnomocnictw (otwarte pytanie: na ile więcej pozwoli mu układ sił, jaki powstanie), ale też praktycznie pełnię odpowiedzialności za dramatycznie trudną sytuację gospodarczą w kraju.

Szefowie resortów obrony, spraw wewnętrznych, FSB i spraw zagranicznych pozostaną przy tym pod kontrolą prezydenta. Jelcyn zgodził się na ewolucję systemu w kierunku prezydencko-parlamentarnego, ale procedura zmian konstytucyjnych może trwać tak długo, że ograniczenia będą dotyczyć już jego następcy. Zatem to Czernomyrdin i Łużkow, jeśli myślą o prezydenturze, będą dbali o to, by nie pozbawić prezydenta uprawnień. Dlatego Andriej Iłłarionow, dyrektor Instytutu Analiz Gospodarczych, jest przekonany, że jako premier Czernomyrdin nie będzie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów: - To będzie taka sama polityka, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]