POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 27-29

Rynek

Rafał Woś

Niebezpieczny związek

W kilka lat polskie związki zawodowe zdołały wyjść z kąta, do którego postawiono je na początku transformacji. Niestety Solidarność robi dziś wiele, by ten sukces zmarnować.

Przedstawiciele trzech największych central związkowych (Solidarności, OPZZ i FZZ) opuścili 26 czerwca 2013 r. obrady tzw. Komisji Trójstronnej, ciała, w którym od 1994 r. ucierały się trudne relacje rządu, lobby pracowników oraz biznesu. Związkowcy trzasnęli drzwiami i ogłosili, że na obrady nie wrócą, bo dialog społeczny jest w Polsce od lat fikcją, a rząd traktuje związki niczym listek figowy. „Niech sobie rząd i pracodawcy rozmawiają w komisji dwustronnej. Przecież i tak już dawno uszyli taką koalicję” – tłumaczył przewodniczący Solidarności Piotr Duda.

Premier Tusk zareagował na ten gest tak, jak się to dotąd w Polsce robiło: oskarżył związki o brak gotowości do dialogu. Byłoby pewnie przesadą powiedzieć, że opinia publiczna stanęła po stronie związków, ale na pewno po raz pierwszy od bardzo dawna w przestrzeni publicznej pojawiło się jakieś nowe, dawno niewidziane zaciekawienie, że może jednak te związki mają trochę racji...

Tamten przełom miał oczywiście swoje realne przyczyny. W Polsce trwała już wtedy w najlepsze wielka debata o „uśmieciowieniu” rynku pracy. Wchodzące na rynek pokolenie prekariuszy z klasy średniej zaczęło się orientować, że ich pozycja wobec pracodawcy wcale aż tak bardzo nie różni się od losu sprzedawczyni z Lidla czy ochroniarza udającego biznesmena w jednoosobowej działalności gospodarczej. Związki potrafiły się w tę debatę wstrzelić. Można nawet powiedzieć, że to one wprowadziły do obiegu pojęcie „śmieciówek” (głośna kampania „S” o nazwie „Syf i Syzyf”).

Dzięki takim akcjom polskim centralom związkowym udało się przynajmniej częściowo rozmiękczyć dominujący dotąd wizerunek grupy interesu walczącej wyłącznie o zachowanie przywilejów konkretnych grup zawodowych. Bo przecież „śmieciowcy” to właśnie nie tradycyjna związkowa arystokracja (górnictwo, edukacja, spółki Skarbu Państwa), tylko raczej szeroka panorama warstw społecznych: pakowacze, kurierzy, kelnerzy, ale także pracownicy endżiosów, młodzi naukowcy czy choćby dziennikarze. A więc ci wszyscy, którzy patrzyli dotąd na związki tak jak reszta społeczeństwa. Z mieszanką niechęci i obojętności.

Ten miesiąc miodowy związków ze sporą częścią opinii publicznej trwał aż do zwycięskich dla PiS wyborów parlamentarnych. A nawet jeszcze dłużej. Bo w pierwszym roku swoich rządów PiS faktycznie ruszył parę ważnych reform rynku pracy. W górę poszła płaca minimalna, a Państwowa Inspekcja Pracy stała się trochę mniej bezzębna niż dotychczas. Na dodatek pracownicy, zwłaszcza ci najsłabsi, dostali zastrzyk finansowy w postaci 500 plus. Wznowiony został też dialog społeczny w ramach tzw. Rady Dialogu Społecznego, która zastąpiła nieboszczkę Komisję Trójstronną. I – jak słychać z jej środka – rząd dość poważnie traktuje w niej głos strony pracowniczej. Na tym jednak kończą się pozytywy, a zaczynają kłopoty.

Największy z kłopotów nazywa się NSZZ Solidarność. Bo to wciąż najlepiej zorganizowany i najbardziej wpływowy polski związek zawodowy (680 tys. członków). Swym rozmiarem wyznacza trendy, jak reszta społeczeństwa patrzy na organizacje pracownicze. Do pierwszych zgrzytów doszło jeszcze jesienią. Solidarność poskarżyła się wtedy prokuraturze, że podczas Czarnego Protestu demonstranci posłużyli się związkowym logo. Chodziło o artystyczną przeróbkę słynnej grafiki „W samo południe” z czerwcowych wyborów 1989 r. A więc o odwołanie do symboliki pierwszej Solidarności, szerokiego ruchu politycznego, którego dzisiejszy związek jest tylko częściowym spadkobiercą. Skarga zrobiła bardzo złe wrażenie.

Potem była głośna sprawa sporów pracowniczych w Polskim Radiu, gdzie nominowana przez PiS prezes Barbara Stanisławczyk w ciągu kilku miesięcy zwolniła (dyscyplinarnie) kilku chronionych prawem aktywnych działaczy radiowych związków zawodowych. Uzasadniała, że dziennikarze „wywierali presję psychiczną” na zarząd, „stosowali czarny piar” i „destabilizowali pracę władz radia poprzez publiczne nękanie zarządu żądaniami przystąpienia do mediacji”. Czyli związkowcy zostali wyrzuceni za robienie dokładnie tego, do czego związki zostały powołane. A więc do obrony pracowników przed wszechmocą władz. Akurat w tym wypadku chodziło o obronę dwóch dziennikarek karnie zdegradowanych za to, że chciały robić serwis informacyjny w zgodzie z zasadami dziennikarskiego profesjonalizmu, a nie wczytywały się w lot w oczekiwanie i zamówienia płynące z góry. Za tę niezależność dostały po nosie, a związki zostały rozbite, bo śmiały zwrócić uwagę na taką ewidentną niesprawiedliwość.

Dopiero gdy za zwalnianymi ujęła się Dorota Gardias z Forum Związków Zawodowych (trzecia po S i OPZZ organizacja związkowa w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]