POLITYKA

Czwartek, 21 września 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 12-15

W poszukiwaniu prawdy

Przemysław Czapliński

Niecała prawda o post-prawdzie

Post-prawda stała się w Wielkiej Brytanii słowem 2016 r. W Polsce mogłaby otrzymać ten tytuł już w 2015 r. Ale zwycięstwo w plebiscytach ważności nie oznacza, że zjawisko pojawiło się dopiero teraz.

Liczni autorzy przekonują, że post-prawda jest przyczyną i narzędziem złej zmiany: demokracja przepoczwarza się w autokrację, a język służy zakłamywaniu rzeczywistości i antagonizowaniu społeczeństwa. Odpowiadająca temu polityka post-prawdziwościowa zamienia dialog społeczny w rządowy monolog, w którym kluczową rolę odgrywają emocjonalne apele odłączone od szczegółów konkretnego programu politycznego oraz niezmienne motywy. Te stałe punkty – Polska w ruinie, zamach smoleński, wstawanie z kolan – są powtarzane z całkowitym ignorowaniem okoliczności i twierdzeń podważających ich prawdziwość. Post-prawda nie jest więc kłamstwem w klasycznym znaczeniu, lecz strategią nadającą prawdzie drugorzędne znaczenie.

Trudno odmówić słuszności tej charakterystyce. Zarazem trudno się zgodzić na traktowanie post-prawdy jako wyłącznej cechy rządów prawicowych i jako siły zmieniającej historię. Jeśli uważamy post-prawdę za czynnik niszczący prawdę panującą przed 2015 r., budujemy wsteczną iluzję. Zgodnie z tą iluzją będziemy wierzyć, że najważniejsze nasze zadanie to powrót do stanu sprzed rządów PiS – w sensie gospodarczym i kulturowym. Takie przekonanie nie pozwala dostrzec faktycznej genezy obecnego stanu rzeczy i sensownie formułować planów na przyszłość.

Post-prawda, jak sądzę, nie powinna być utożsamiana z kłamliwą propagandą, nie powinna być używana do idealizacji okresu wcześniejszego i nie powinna być rozpatrywana wyłącznie w kontekście prawicowych rządów. Czym zatem jest? Jest, po pierwsze, wynikiem przekształceń komunikacji społecznej. Jest, po drugie, konsekwencją dotychczasowych losów polskiej demokracji, a nie ich zaprzeczeniem. Po trzecie, nie jest początkiem nowego okresu, lecz jeszcze jedną próbą odwleczenia końca nowoczesności. Nie zapowiada niczego nowego, ponieważ jest symptomem obrony społeczeństwa i państwa przed dalszym ciągiem historii globalizującego się świata i globalistycznego kapitalizmu.

Prawda lajt

Termin post-prawda pojawił się na początku lat 90. XX w. Steve Tesich w artykule opublikowanym na łamach „The Nation” (1992 r.) stwierdził, że afera Irangate oraz wojna w Zatoce Perskiej zostały potraktowane o wiele łagodniej niż afera Watergate. Poprzez nową strategię retoryczną Amerykanie, według Tesicha, mówili: „My, jako wolni ludzie, dobrowolnie zdecydowaliśmy, że chcemy żyć w świecie post-prawdy”. Nie chodziło o kłamstwo, lecz o powszechne zachowania osłabiające znaczenie prawdy – o zbiorową niechęć do skonfrontowania się z realnością.

Przez całą dekadę słowo pojawiało się tu i ówdzie, służąc krytyce tych strategii rządzenia, które polegały na unikaniu nazywania rzeczy po imieniu i na schodzeniu prawdzie z drogi. Podsumował te praktyki Ralph Keyes w książce „The Post-Truth Era: Dishonesty and Deception in Contemporary Life” opublikowanej w 2004 r. Autor nie polował wyłącznie na polityków. Zbierał dziesiątki i setki przykładów z życia publicznego, zauważając, że mijanie się z prawdą i tendencja do kłamania stają się powszechnymi zachowaniami społecznymi.

Znaczy to, że post-prawda nie zaistniała wyłącznie jako retoryka polityków. Powstała w wyniku swoistej współpracy między społecznymi masami, mediami i elitami. A powszechność zjawiska wytworzyła nową jakość. Wyznaczała ją kategoria dwuznacznych wypowiedzi, które nie będąc ścisłą prawdą, sytuowały się, jak pisał Keyes, tuż obok kłamstwa. Tę jakość autor proponował nazwać ulepszoną prawdą. Albo neoprawdą. Miękką prawdą. Fałszywą prawdą. Prawdą dietetyczną. Prawdą lajt.

Była ona na przełomie XX i XXI w. efektem rosnącej rozbieżności między dostępnością marzeń i niedostępnością spełnień. Kto nie mieścił się we wzorcach piękna, zamożności, sukcesu, prawości, dobroczynności, zaginał prawdę, by znaleźć się w pobliżu. Na rynku egalitarnych obrazów każdy chciał mieć – choćby minimalny – udział w powszechnym szczęściu. Kiedy polityk kłamliwie oświadczał, że brał udział w wojnie, czynił tak dla uznania, jakie spotyka prawdziwego żołnierza. Dietetyczne prawdy przez wielu wypowiadane i przez wielu pożądane były więc nadal hołdem składanym prawdzie – prawdziwemu męstwu, heroizmowi, poświęceniu czy odwadze.

Prawda w epoce strachu

Komunikacja w wersji lajt miała swoje rozliczne konsekwencje. Coraz powszechniejsza post-prawdomówność wznosiła rok po roku kruchy gmach społeczny oparty na obawach. Były to obawy przed stwierdzeniem, że globalny kapitalizm wytwarza więcej chaosu niż porządku, że żywi się nierównościami zamiast je zmniejszać, że napędza eksploatację planety, prowadząc do katastrof ekologicznych, że nad jego dynamiką państwa coraz słabiej panują.

W rezultacie niemówienia prawdy i wynajdywania tysięcznych jej zastępników, stopniowo ulegała zatarciu granica oddzielająca prawdę od kłamstwa, potem – między uczciwością i nieuczciwością. To zaś prowadziło, jak pisał Keyes, do „zagubienia piętna, jakim wcześniej obarczano kłamstwo. (…) Kłamanie stało się w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]