POLITYKA

Sobota, 29 kwietnia 2017

Polityka - nr 15 (3106) z dnia 2017-04-12; s. 15-17

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Niepewne pewniki polskiej polityki

Co jakiś czas pojawiają się, nie wiadomo skąd, polityczne poglądy i przesądy, które określają myślenie całych zbiorowości. Wybraliśmy pięć z nich i postanowiliśmy się im krytycznie przyjrzeć.

1

Istniejące opozycyjne partie nie są w stanie odsunąć PiS od władzy; może to zrobić tylko szeroki ruch społeczny, wielka koalicja z nowym charyzmatycznym liderem.

Ten pewnik, od początku mało przekonujący, staje się jeszcze bardziej wątpliwy. Po półtora roku już widać, że demonstracje KOD nie zmieniły rzeczywistości, np. nie obroniły niezależności Trybunału Konstytucyjnego, bo zresztą niby jak mogły tego dokonać; były raczej formą autoterapii po wygranej PiS. Jedyna akcja, która zatrzymała rządzących, to Czarny Protest kobiet w sprawie aborcji. Ale Czarny Protest nie jest partią ani nawet organizacją i w wyborach udziału nie weźmie. Druga i ostatnia skuteczna akcja odbyła się w Sejmie z udziałem opozycji, która zahamowała rugowanie dziennikarzy z parlamentu. Bez zajęcia mównicy plan Kuchcińskiego wszedłby w życie. Może jednak nieprzypadkowo powolny wzrost notowań Platformy, wzbogacony później o „impuls Tuska”, rozpoczął się właśnie w styczniu.

Wyraźny zanik dynamiki KOD spowodował, rzecz jasna obok innych czynników, stopniowy wzrost notowań głównej partii opozycyjnej. A ostatnie zbliżenie się sondażowych wyników PiS i PO wzbudziło w środowisku władzy popłoch o wiele większy niż jakakolwiek wcześniejsza demonstracja. Wrócił stary koszmar Kaczyńskiego. Uważany w obozie władzy za ostatecznie pokonany. Kiedy wcześniej rosło Nowoczesnej, nawet ponad poziom 20 proc., nikt w PiS się tym nie przejmował. Także wówczas, kiedy PO i partia Petru łącznie dorównywały w sondażach partii rządzącej. To wzrost Platformy zmienił polityczną sytuację. Wróciła dawna, prawdziwa walka w wadze ciężkiej.

KOD odegrał cenną rolę w pierwszym okresie antypisowskiego sprzeciwu. To była ucieczka od przegranej partii do ulicznego ruchu. Tam poszukiwano autentyczności i świeżości. Ale ta faza się kończy. Wiele wskazuje na to, że następuje powrót Polaków do realnej polityczności, gdzie z partią może wygrać tylko inna partia, a nie (choć odgrywające swoją rolę) przemarsze ulicami miast, bo przemarsze nie wystawią list wyborczych. Efekt mógłby przynieść wielotysięczny i wielodniowy majdan wokół Sejmu albo milionowa manifestacja, ale na to się (na razie?) nie zanosi. W takiej sytuacji jedyne, co może wpędzić PiS w panikę, dać do myślenia jego poplecznikom, wzbudzić niepokój choćby frakcji Jarosława Gowina, to właśnie rosnące notowania opozycji. To najprostszy sposób demonstrowania bez wychodzenia z domu.

Nieprawdą jest więc, że sondaże w trakcie kadencji nie mają większego znaczenia (to jeszcze jeden fałszywy „pewnik”), przeciwnie – mają ogromną wagę, bo mogą odbierać rządzącym pewność siebie, uświadamiać posłom, że skraca się lista wyborcza ich partii, że na nowej mogą się już nie znaleźć, a żyć jakoś będzie trzeba. Rozpoczyna się ferment, który rozsadził w minionym ćwierćwieczu niejedną władzę (np. AWS, SLD). Szczerze napisał o tym ostatnio na portalu wPolityce.pl publicysta „wSieci” Piotr Skwieciński: „(…) stabilność sondażowa jest dla PiS znacznie ważniejsza niż dla jakiejkolwiek innej partii. (…) W sytuacji, w której rząd jest na śmierć i życie skonfliktowany z całością elit i zarazem chce dokonać wszechogarniającej rewolucji, jedyną jego szansą na uniknięcie tej sytuacji i zachowanie własnej sprawczości jest zastraszenie nieżyczliwej części aparatu państwowego. I to skutkuje. Do czasu kiedy aparat ów odbierze sygnały świadczące o niepewnej trwałości władzy. Wtedy strach zacznie szybko mijać, a w dodatku pojawi się kontrstrach – przed zemstą ze strony kontrrewolucji”.

Nie wiadomo jeszcze, na ile ten trend powrotu wyborców do Realpolitik jest trwały. Ale każdy dzień, kiedy PiS czuje na plecach oddech przeciwników, zwłaszcza jednej konkretnej partii, jest dla antypisu bezcenny.

2

Walka o wyborców odbędzie się na gruncie gospodarki, socjalu i łagodzenia nierówności. Opozycja musi wymyślić coś równie genialnego jak 500+.

Czy aby na pewno? Przez całą III RP różne partie wygrywały i przegrywały wybory bez wyraźnego związku z sytuacją ekonomiczną kraju. Na przykład w 2005 r. SLD zostawił budżet w dobrym stanie, ale przegrał przez Rywina i inne afery. PiS poniósł klęskę w 2007 r. nie dlatego, że zrujnował gospodarkę, bo – zresztą tuż przed globalnym kryzysem – korzystał ze znakomitej światowej koniunktury, ale z powodu niepokoju i chaosu, jaki wprowadził do przestrzeni publicznej. Wreszcie, Platforma nie przegrała z PiS w 2015 r. w wyniku gospodarczej katastrofy, bo wszystkie wskaźniki makroekonomiczne były korzystne; stało się tak znowu przez „atmosferę” i ośmiorniczki.

Nic na razie nie wskazuje na to, że w 2019 r. będzie inaczej. PiS zobowiązał się do wydawania ok. 23 mld każdego roku na program 500+ i kolejnych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]