POLITYKA

Wtorek, 25 kwietnia 2017

Polityka - nr 10 (3101) z dnia 2017-03-08; s. 34-36

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Nieuchwytny

Sąd właśnie wydał list gończy za Zbigniewem Stonogą, gdy ten nie stawił się 15 lutego na odsiadkę za pospolite oszustwo. Uciekł za granicę, skąd – kreując się na polityczną ofiarę – apeluje do swoich fanów, by organizowali demonstracje w imię jego wolności.

Zbigniew Stonoga (43 lata), zwany często przez media kontrowersyjnym biznesmenem, to dawny asystent posłanki Hojarskiej z Samoobrony. Ten sam, o którym zrobiło się głośno, gdy w czerwcu 2015 r. wrzucił do sieci akta śledztwa z zapisem podsłuchów z restauracji Sowa i Przyjaciele, co wywołało polityczną burzę i dymisje w rządzie Ewy Kopacz. Na bazie tej sławy założył we wrześniu 2015 r. partię Stonoga Partia Polska, która jednak w wyborach przepadła z kretesem i po dwóch miesiącach, w listopadzie 2015 r., ją wyrejestrował. Ostatnio zrobił wiele, by znowu wejść do politycznej gry, licząc, że uchroni go to przed więzieniem za pospolite przestępstwo.

Chodzi o zdarzenia z 2009 r. Stonoga prowadził firmę sprzedaży używanych samochodów. 15 lipca Anna S. zawarła ze Stonogą umowę sprzedaży swojego Lexusa ES 330. Umówili się na 77 tys. zł, które Stonoga zobowiązał się przekazać na konto pani Anny do 1 września. Z późniejszych ustaleń śledztwa wynika, że Stonoga wybrał się tym autem na wakacje po Europie, po czym 29 lipca sprzedał je za 54 tys. zł (z niesprawną skrzynią biegów), fałszując podpis właścicielki na umowie sprzedaży i pokwitowaniu odbioru pieniędzy. Tymczasem samą kobietę zaczął zwodzić. Gdy 1 września pieniądze nie wpłynęły, Anna S. przyjechała do komisu. Stonoga nie powiedział jej, że auto sprzedał, tylko poprosił o przedłużenie terminu zapłaty do 15 września. Gdy tego dnia zadzwoniła do niego, powiedział, że właśnie wydał polecenie przelewu. Pieniędzy wciąż nie było, Stonoga nie odbierał od niej telefonów, potem sam zadzwonił, mówiąc, że ma problem ze sprzedażą auta i że może zapłacić jej 40 tys. zł. Kobieta zażądała zwrotu samochodu. Dowiedziała się, że to chwilowo niemożliwe, bo auto jest w Rzeszowie. Wreszcie poszła na policję. Wtedy Stonoga wysłał jej na konto 5 tys. zł.

Nowy właściciel lexusa z Białegostoku za 3 tys. zł naprawił skrzynię biegów i wystawił go na aukcji za 61 tys. zł. Auto zobaczył ojciec Anny S. Pojechali oboje, poznali wóz, wezwali policję. Zbigniew Stonoga został oskarżony o oszustwo. Na procesie nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Sąd Rejonowy Warszawa Praga Północ w wyroku z 26 marca 2014 r. uznał, że Stonoga już w chwili zawierania umowy nie zamierzał się z niej wywiązać. Przez półtora miesiąca nie zapłacił umówionej ceny, mimo że kondycja finansowa spółki na to pozwalała. Otrzymał za auto 54 tys. zł, dał właścicielce 5 tys. zł – zarobił więc 49 tys. zł. I o to chodziło.

Zdaniem sądu ani Stonoga, ani jego obrońca nie znaleźli innego logicznego wytłumaczenia sekwencji jego zachowania. „Chęć osiągnięcia korzyści majątkowej i premedytacja oskarżonego, zwłaszcza w dobrej sytuacji materialnej, nie znajduje żadnego usprawiedliwienia” – napisał w wyroku sąd, dodając, że owe 5 tys. wysłane po złożeniu zawiadomienia nie może być uznane za wyraz realnej chęci naprawienia wyrządzonej szkody. Sąd nie znalazł okoliczności łagodzących, tylko niskie pobudki, do tego uznał, że czyn popełniono w warunkach powrotu do przestępstwa – czyli w ciągu 5 lat po odbyciu co najmniej 6-miesięcznej kary za podobne przestępstwo. Sąd nie znalazł żadnych podstaw, aby warunkowo zawiesić wykonanie kary, i skazał Stonogę za to na rok bezwzględnego pozbawienia wolności. Plus naprawienie szkody. Sąd apelacyjny 15 czerwca 2015 r. podtrzymał wszystkie ustalenia sądu niższej instancji – też przyznał, że Zbigniew Stonoga nie zamierzał ani zapłacić tyle, ile było umówione, nie chciał też zwrócić auta, więc wyrok utrzymał w mocy. Tego samego dnia wyrok się uprawomocnił.

Od tej chwili przez prawie dwa lata prawnicy Stonogi robili, co mogli, żeby jednak uniknął on kary.

Bój o wolność

Najpierw był wniosek o odbycie jej w systemie dozoru elektronicznego, czyli na wolności. Na posiedzeniu w tej sprawie sąd zauważył, że choć od sprawy lexusa minęły prawie dwa lata, skazany nie spróbował naprawić szkody, czyli zapłacić właścicielce samochodu należnych jej pieniędzy. Adwokat z miejsca oświadczył, że szkoda zostanie naprawiona w ciągu 72 godzin od posiedzenia. Sąd zgodził się na dozór elektroniczny, ale zaskarżała to Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga, a sąd apelacyjny cofnął zgodę. Adwokaci złożyli wniosek o odroczenie wykonania kary, tym razem z powodu chorób. „Należy ocenić, czy osadzenie skazanego może zwiększyć ryzyko pogorszenia jego stanu zdrowia” – pisał adwokat Stonogi, twierdząc, że należy przy tym brać pod uwagę ryzyko pogorszenia stanu zdrowia oraz powikłań związanych z utrzymującym się napięciem psychicznym z powodu oczekiwania na kolejne decyzje. Pod koniec ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]