POLITYKA

Piątek, 31 października 2014

Polityka - nr 41 (2266) z dnia 2000-10-07; s. 58-60

Kultura

Maja WolnyIgor Cieślicki  [wsp.]

Niezrównana dziwaczność

Czy polska literatura nadaje się na eksport?

Za dwa tygodnie rozpocznie się największa w dziejach kampania promocyjna polskiej literatury. Jako gość honorowy targów książki we Frankfurcie mamy niepowtarzalną okazję, by na tym wielkim kiermaszu pokazać i sprzedać światu coś z naszej twórczości.

To trzeba powiedzieć uczciwie – polska literatura nie ma dużych walorów eksportowych. Nie pomaga nam język – trudny, egzotyczny, na który w dodatku nie było i chyba nie będzie specjalnej mody. Nie pomagają również wydawcy, którzy – z małymi wyjątkami – często nie mają ani pomysłu, ani pieniędzy na wypromowanie naszych autorów za granicą. Pisarza nie wspiera również krytyka – w Polsce wciąż prawie wyłącznie akademicka i za surowa dla literatury popularnej. Pochwałę uczonych polonistów zdobywają tylko utwory najambitniejsze, często bardzo hermetyczne. Autorzy muszą więc stawać przed niespotykanym w świecie dylematem: czy mieć dobre recenzje, ale niskie nakłady, czy też sprzedać tysiące egzemplarzy, ale popaść w niełaskę krytyków.

Trudno byłoby zachodnim agentom wytłumaczyć te wszystkie skomplikowane relacje, całą naszą tradycję i specyficzną, wciąż trochę romantyczną rolę pisarza. Niewiele by ich to zresztą obchodziło, bo liczą się konkrety. – Kiedy próbuje się sprzedać książkę za granicę, wszyscy w pierwszej kolejności pytają o to, jaki był jej nakład w kraju – mówi Katarzyna Mach z wydawnictwa Prószyński i S-ka, która od kilku miesięcy zajmuje się sprzedażą praw. – Kiedy podajemy uczciwie wynik sprzedaży, nasi rozmówcy często rezygnują. W Polsce rzadko udaje się sprzedać więcej niż 5–10 tys. egzemplarzy (średni nakład polskiej książki beletrystycznej to według danych Biblioteki Narodowej 6,1 tys.). To za mało, by przekonać innych do kupna licencji. Oczywiście przynętą dla zagranicznego partnera może być tło wydarzeń z książki – zwłaszcza jeśli ma ono jakiś związek z jego krajem. Niedawno dwa białoruskie wydawnictwa opublikowały prawie wszystkie dzieła Orzeszkowej. Białorusini pewnie nie zainteresowaliby się pisarką, gdyby nie to, że opisywała ludzi i folklor ziem nadniemeńskich.

Angielska „Madame”

Dla większości wydawnictw na całym świecie liczy się także wydanie książki po angielsku. Droga do popularności wiedzie przez ocean – tytuł, który ukazał się w Stanach Zjednoczonych, jest od razu chętniej kupowany przez inne kraje. Dobrym, choć zupełnie odosobnionym przykładem może być „Madame” Antoniego Libery. Kiedy powieścią zainteresowało się amerykańskie wydawnictwo Farrar, Strauss&Giroux, po prawa do książki zgłosiło się kilkunastu wydawców z całej Europy. Libera miał jednak dobrego tłumacza. Znakomity przekład Agnieszki Kołakowskiej podbił serca wymagających agentów.

Do tłumaczenia naszej literatury nikt Amerykanów specjalnie nie zachęca. Nie ma nagrody dla najlepszego przekładu, choć pojawiały się pomysły, by takie wyróżnienie ufundować. Ewa Hoffman, znana pisarka polskiego pochodzenia, proponowała, by nagroda nazywała się Transatlantyk. Odpowiednio wysoka nagroda byłaby na pewno dobrą motywacją zarówno dla początkujących, jak i dla znanych translatorów. Taka inwestycja szybko zaczęłaby przynosić zyski wszystkim zainteresowanym. A największą korzyść miałaby z tego polska literatura.

Innym bardzo dobrym, sprawdzonym w wielu krajach pomysłem na promowanie twórczości jest dotowanie tłumaczeń i opłat licencyjnych. To już się w Polsce robi, choć dopiero od niedawna – w 1998 r. Ministerstwo Kultury powołało tzw. Polski Fundusz Literatury. Zapewne gdyby nie Frankfurt, nie byłoby i tego ważnego przedsięwzięcia, dzięki któremu w ostatnich latach do 18 krajów świata trafiło lub trafi prawie 90 polskich tytułów. Fundusz to – jeśli chodzi o kulturę – jedno z naszych największych eksportowych osiągnięć. Dlatego niezwykle szkodliwym, choć jeszcze do niedawna bardzo prawdopodobnym posunięciem byłoby wstrzymanie systemu dotacji tuż po targach we Frankfurcie. Na szczęście udało się przekonać rząd, że Fundusz powinien istnieć cały czas. Dziś wiadomo już, że będzie działał w ramach programu Instytutu Adama Mickiewicza.

Istnienie nawet kilku podobnych funduszy i organizacji nie sprawi, że polscy wydawcy od razu nauczą się zabiegać o klientów z innych krajów. Tylko nieliczne polskie oficyny są przygotowane do prowadzenia wymiany z zagranicznymi partnerami. Według Beaty Stasińskiej z wydawnictwa W.A.B., które na rynku stanowi pod tym względem chlubny wyjątek, przekonać wydawcę do polskiego tytułu to tylko jeden z trudnych etapów do przejścia. – Argument o dobrej sprzedaży oryginału jest niewystarczający. Zdarzało się nam sprzedać prawa do powieści w Polsce niezauważonych ani przez krytykę, ani przez czytelników. I szukać cztery lata wydawcę dla tytułu obsypanego w Polsce nagrodami, również od czytelników. Polskiej literaturze za granicą ciągle brakuje spektakularnych sukcesów – mówi Stasińska. – Sprzedaż dwóch powieści Olgi Tokarczuk do 11 krajów nie oznacza, że są one światowymi bestsellerami. Z 30 umów, które w ciągu ostatnich kilku lat podpisaliśmy do tej pory, zaowocowało wydanymi książkami kilkanaście.

Mimo dobrych recenzji przekłady te właściwie nie zaistniały. Pierwszy duży sprawdzian zaczął się tak naprawdę teraz, kiedy ukazują się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zdaniem autorów

Marek Bieńczyk
pisarz i tłumacz:

Przeczytałem ostatnio kilka książek, które otrzymały nagrodę Goncourtów (najbardziej prestiżowe wyróżnienie literackie we Francji). Ich poziom w porównaniu z naszą twórczością ostatnich lat jest niski. Jednak polskie powieści nie odnoszą sukcesów za granicą. Być może dlatego, że nie są na ten sukces zaprogramowane. A i krytyka jest bardziej krytyczna niż na Zachodzie. Niewielu polskich autorów traktuje pisanie jako zwykłe rzemiosło – z reguły podchodzą oni do twórczości literackiej bardziej ambitnie, wyznaczając jej cele inne, niż odgadywanie gustów czytelników i odpowiadanie na nie.

 

Stefan Chwin
pisarz:

Generalnie Polaków mało się czyta w Europie. Jeśli chodzi o rynek niemieckojęzyczny, który trochę znam z autopsji, nawet Nobel dla Miłosza i Szymborskiej niczego tu nie poprawił. Wiadomo na przykład, że prestiżowa „Biblioteka Polska” Karla Dedeciusa nie sprzedaje się najlepiej. Przyczyna tej „eksportowej blokady” jest prosta, choć raczej dość przykra. Sporo Niemców, Szwajcarów czy Austriaków wciąż uważa, że Europa kończy się na Odrze (bardziej radykalni uważają zresztą, że kończy się już na Łabie), na wschód od Odry zaś, a ściślej na trawiastych równinach między Odrą a Petersburgiem nie dzieje się nic ciekawego. „Polska? – usłyszałem na pewnym bankiecie w Bonn. – No cóż, mokro i zimno. Wolę Francję”. Potężny rynek księgarski Niemiec jest zalany dobrą, jak mnie zapewniano, literaturą anglojęzyczną, z którą nie tylko literatura polska, ale i współczesna literatura niemiecka nie mają żadnych szans. Czy to się zmieni po targach we Frankfurcie? Dałby Bóg. Ale nie warto sobie, jak myślę, obiecywać zbyt wiele.

 

Antoni Libera
pisarz i tłumacz:

Myślenie o literaturze w kategoriach zbiorowych i narodowych („co i jak my, Polacy, powinniśmy pisać, aby nas czytano na świecie?”) prowadzi na manowce. Literatura jest domeną czysto indywidualną (nawet jeśli czasami służy sprawie narodowej) i jej wartość zależy wyłącznie od siły umysłu i wyobraźni piszącego. Poza tym literatura jest przede wszystkim formą namysłu i medytacji nad światem i ludzkim losem, dlatego też popularność nie może być celem samym w sobie. Wydaje się, że literaturze polskiej grożą obecnie te same przypadłości co dawniej, czyli „sarmatyzm” i „cudzoziemszczyzna”. Pierwszy występuje dziś w postaci „swojskości” albo „swojactwa” i „knajactwa”, w formie zdegradowanej szlachetczyzny z kultem sprytu i krzepy fizycznej, bezmyślnego emocjonalizmu i krzykliwej tromtadracji. Druga pleni się poprzez hołdowanie światowym nowinkom: w postaci kalkowania wzorów zachodniej literatury popularnej oraz w pozach i grymasach pseudoawangardy i postmodernizmu, nie mających głębszego zaplecza intelektualnego.

Światowi pisarze

Najczęściej tłumaczeni polscy autorzy współcześni w ostatniej dekadzie

Liczba języków

Wisława Szymborska ...... 22

Ryszard Kapuściński ...... 17

Stanisław Lem ...... 17

Czesław Miłosz ...... 15

Sławomir Mrożek ...... 14

Andrzej Szczypiorski ...... 13

Karol Wojtyła ...... 12

Zbigniew Herbert ...... 11

Jerzy Andrzejewski ...... 10

Paweł Huelle ...... 9

Źródło: „Literatura polska 1990–2000 w przekładach”, Biblioteka Narodowa. Dane za okres od stycznia 1990 do czerwca 2000 nie uwzględniają antologii.