POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 7 (2692) z dnia 2009-02-14; s. 86-88

Świat

Anna Tomczyk

Niziny nie chcą wyżyn

Felipe ma 14 lat. Żuje kokę, żeby nie czuć głodu. Pracuje w kopalni, w której nie ma elektrycznych wózków ani szerokich korytarzy. W gorącym powietrzu unoszą się kurz, pył i drobinki azbestu, ale Felipe nie ma maski – nie stać go. Chłopak mieszka na obrzeżach Potosí na wysokości niespełna 4 tys. m. Jego ojciec zmarł rok temu na pylicę płuc. Jako najstarszy syn Felipe musiał przerwać szkołę i przejąć obowiązki głowy rodziny. Matka sprzedaje na targu koraliki z nasion modligroszku, swetry z wełny alpaki i wysuszone płody lam, które, jak wierzą Indianie, przynoszą pomyślność.

Felipe mówi po hiszpańsku, ale co chwilę wtrąca słowa ze swojego rdzennego języka – keczua. Jak na nastolatka jest dość dobrze zorientowany w sytuacji politycznej kraju. Zresztą tam wszyscy rozmawiają o polityce. Felipe wierzy, że przy pomocy prezydenta Moralesa i Pachamamy (matki Ziemi) jego lud odzyska godność – wygoni zagraniczne korporacje i będzie mógł o sobie decydować. Felipe to typowy colla, człowiek gór.

340 km dalej na wschód i kilka tysięcy metrów niżej mieszka Jorge. Kończy zarządzanie rolnictwem na Uniwersytecie Autonomicznym im. Gabriela René Moreno. Mieszka w największym i najlepiej rozwiniętym mieście w Boliwii – Santa Cruz. Jego rodzice są właścicielami gospodarstwa. Jorge jest zwolennikiem gospodarki liberalnej i wolnego rynku. Uważa, że departament, w którym jest położone jego rodzinne miasto, powinien sam zarządzać swoimi dobrami. Twierdzi, że ci z zachodu, nie wyłączając prezydenta, są zacofani, nie potrafią myśleć perspektywicznie, są leniwi, a ponadto wierzą w zabobony. Jorge nie czuje się Boliwijczykiem, czuje się camba – mieszkańcem nizin.

Wschód i zachód Boliwii kształtowały się praktycznie niezależnie od siebie. Kiedyś zachodnia część kraju współtworzyła państwo Inków, rozciągające się od ziem dzisiejszego Ekwadoru po Chile i to z nimi utrzymywała bliskie relacje. Później konkwistadorzy znaleźli tam swój srebrny raj. W mennicy w Potosí bili monety dla całej Korony Hiszpańskiej. Ludność rdzenną – Indian Keczua i Aymara – wykorzystywali do pracy w kopalniach, nie dając w zamian nic. Sytuacja Indian nie zmieniła się po odzyskaniu niepodległości. Nadal ciężko pracowali na cudzy zysk. Tym razem wzbogacali konta baronów cyny. Aby wyżywić rodzinę, uprawiali kukurydzę i ziemniaki, hodowali kury i świnki morskie (masowo konsumowane na zachodzie Boliwii). Indianie byli obywatelami drugiej kategorii.

Wschodnie ziemie były w czasach kolonialnych bliższe terenom dzisiejszej Argentyny i Brazylii. Osiedlali się tu nie tylko Hiszpanie, ale także Włosi, Niemcy, Chińczycy i przybysze z Bałkanów. Rozsiani po rozległych terenach mieszkańcy utrzymywali się głównie z prymitywnych gospodarstw rolnych i hodowli bydła. Ogromny potencjał tych ziem ograniczał brak rynków zbytu. Na zachód prowadziły tylko dwie ścieżki dla mułów. Władze Boliwii, usytuowane na zachodzie, nie interesowały się odległymi terenami. W skutek takiej polityki (i własnej słabości) utraciły część terytorium na rzecz Brazylii. Cambas już wtedy nie widzieli sensu podtrzymywania swych formalnych związków z resztą kraju. Pod koniec XIX w. zaczęli walczyć o federację.

Aż do połowy XX w. nizinna i wyżynna część Boliwii egzystowały obok siebie, tylko formalnie stanowiąc jedno państwo. Na wschodzie stosowano kolonialny system miar, podczas gdy na zachodzie obowiązywał już inny, bardziej nowoczesny. Dopiero w 1952 r. rewolucjoniści podjęli próbę skonsolidowania państwa i stworzenia narodu boliwijskiego. Chcieli wykorzystać potencjał nizin. Zbudowali sieć dróg i kolei, inwestowali w gospodarkę. Kraj (dzięki pomocy USA) finansował postęp na wschodzie. Dziś zachodnioboliwijscy politycy wypominają to cambas i domagają się spłaty długu. Rewolucjonistom udało się zmodernizować wschód, ale zintegrowanie społeczeństwa okazało się zbyt trudne. Mieszkańcy zachodniego i wschodniego regionu nie mieli wspólnej historii, kultury, gospodarki ani wspólnych problemów. Ci ze wschodu nadal nie chcą ich mieć.

Czterokrotny prezydent Boliwii Victor Paz Estenssoro w połowie XX w. powiedział, że Indianie czynią z Boliwii typowy kraj zacofany. Trudno było zmienić taką powszechną opinię. Dopiero w 1994 r. oficjalnie przyznano rdzennej ludności prawo do udziału w życiu politycznym. Ich emancypacja postępowała dość szybko. Dekadę później Indianin objął urząd prezydenta i zarazem szefa rządu. Evo Morales wywodził się z biednej rodziny i był przywódcą związków zawodowych rolników uprawiających kokę. Collas wreszcie poczuli – nasz jest u władzy! Morales nie pozostawiał złudzeń, że nie będzie prezydentem całego narodu. Tuż po objęciu urzędu zwracał się do collas w ich rdzennym języku, obiecując im przywrócenie godności i poprawę warunkó...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]