POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 39 (3078) z dnia 2016-09-21; s. 20-22

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Normalny Polak

Władza chce przekonać, że teraz to ona i jej zwolennicy stanowią główny nurt społeczny. Reszta to różnego rodzaju ekstremiści.

Na portalu wPolityce.pl prawicowa publicystka Krystyna Grzybowska napisała niedawno: „nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w naszej ojczyźnie obok powszechnej normalności buzuje skrajny margines, nazywający siebie gorszym sortem”. Szef MSW Mariusz Błaszczak z kolei zrównał KOD z ONR, określając obie organizacje jako skrajności, „margines marginesów”, którymi nie warto się zajmować. I nawet jeśli sam Kaczyński przyznał ostatnio, że w Polsce jest głęboki podział, to od razu stwierdził, że będzie się on zmniejszał. Bez wątpienia należy rozumieć, że to zmniejszanie podziału ma polegać na przechodzeniu Polaków na stronę PiS, z tych poboczy do centrum, z marginesu do środka.

Chociaż w tych stwierdzeniach jest wciąż jeszcze sporo myślenia życzeniowego, widać w nich kierunek strategicznych zabiegów rządzącej partii – chodzi o wymianę nie tylko elit, ale głównego, masowego nurtu. Tak aby w dłuższej perspektywie do głosowania na PiS nie musiały zachęcać socjalne prezenty, na które już teraz brakuje pieniędzy, ani nawet poparte groźbami perswazje, ale by popieranie tego ugrupowania stało się naturalnym odruchem większości polskich wyborców.

Przez ostatnie lata polski mainstream (to jedno z ulubionych słów prawicowej publicystyki) był liberalny, otwarty kulturowo, powiązany z dominującymi europejskimi trendami: socjaldemokratycznym i liberalno-konserwatywnym, w tej współczesnej, łagodnej postaci. Radykalna narodowo-katolicka prawica była mniej lub bardziej sekciarską grupą, która już nigdy nie miała dojść do władzy. Wyborcze zwycięstwa PiS w 2015 r. mocno zachwiały tym przekonaniem. Odbywa się teraz proces przekierowania głównego nurtu za pomocą jego rozwadniania i relatywizacji. Poprzez kwestionowanie zasad demokracji liberalnej. Przybiera to w tej chwili postać lansowanej przez obóz rządzący tezy, że trwa „spór polityczny” – o Trybunał Konstytucyjny, o wizję demokracji, sądownictwo, edukację, prawa obywatelskie, o miejsce w UE.

Ten sprytny zabieg ma dowodzić, że nie ma jakiejś obiektywnej miary, według której można ocenić stopień demokratyzacji systemu, legalizmu, przestrzegania norm, wolności obywatelskich, procedur czy konstytucji. A zatem trzeba pójść na „kompromis”, choć jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że wszystko ma być po myśli władzy. Ten fałszywy dialog otwarcie określa znana wypowiedź prezesa Kaczyńskiego, że „racja jest po naszej stronie” i będzie „wzmacniana aktami normatywnymi”.

Ma to też głębszy wymiar. W programie telewizyjnym publicysta Dariusz Rosiak stwierdził: „to, iż ktoś sądzi, że film »Smoleńsk« mówi nieprawdę, znaczy tylko tyle, że ktoś sądzi, że ten film mówi nieprawdę”. Ta wypowiedź wpisuje się w proces likwidowania obiektywnego stanu rzeczy. Niedawno tygodnik „Economist” sformułował tezę, że nadeszła epoka postprawdy, nowego tworu, który powstaje jako społeczny fakt i niezależnie, na ile ma związek z rzeczywistością, musi być szanowany przez polityków. To idealne warunki do formowania nowego, „normalnego Polaka”.

Nie ma zatem znaczenia fakt, że prawica odkleja się od logiki i rzeczywistości, jeżeli tylko podąża za nią elektorat. W politycznej rozgrywce ważne staje się nie to, jak jest, ale jak się ludziom wydaje, to co podpowiada im intuicyjna, pierwotna emocja. Kryteria „normalności”, o której pisze Grzybowska, wyznacza teraz zwarta mniejszość, która przez swoją jedność staje się większością. Rzeczywista, choć rozbita większość będzie piętnowana jako zbiór złowrogich interesów i osobników (zdrajców?).

Ten przekaz będzie wspierany przez mechanizm psychologiczny dobrze znany politologom: jest to skłonność do lokowania przez społeczeństwo każdej władzy w centrum, to ona staje się politycznym trendsetterem, jej zdanie się liczy, o nią się zabiega, a przeciwnicy są łatwo klasyfikowani jako radykałowie i mąciciele. Zresztą sama władza podejmuje tę grę, wskazując, że jest w istocie umiarkowaną formacją, chroniącą społeczeństwo przed prawdziwymi radykałami, jakimi są narodowcy. (Piotr Wierzbicki opublikował w „Rzeczpospolitej” sążnisty artykuł pt. „Nie podoba się pisowiec, będzie rządził narodowiec”). Jednocześnie władza tych narodowców hoduje, moralnie wspiera.

To ta sama strategia, jaką na Węgrzech stosuje Viktor Orbán, przedstawiając swoją partię Fidesz jako remedium na nacjonalistyczny Jobbik. W dodatku pojawił się ogólnoeuropejski trend polegający na wchodzeniu języka skrajnej prawicy do głównego nurtu politycznego. Zapoczątkował ten proces kryzys z uchodźcami, ale potem przez tę wyrwę skrajna retoryka objęła wiele innych kwestii, np. różnych mniejszości czy kwestii obyczajowych, zagłuszając tradycyjną, umiarkowaną, „poprawnościową” retorykę dawnego centrum.

Ostatecznym celem dzisiejszej władzy jest wykreowanie „normalnego Polaka”, dającego siłę i władzę PiS. Ma to być żyjący w tradycyjnej rodzinie dobry katolik-parafianin, przyjmujący pisowski opis historii, nieufny wobec obcych, multikulturowych nowinek, wynalazków typu gender. To swojski sarmata goniący islamistów, lewactwo, gejów, KODerastów, tolerancjonizm, Brukselę i poprawność polityczną. Dumny z całej przeszłości narodu duchowy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]