POLITYKA

Niedziela, 28 maja 2017

Polityka - nr 20 (3059) z dnia 2016-05-11; s. 7

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Nowa konstytucja? A po co?

Kadry PiS próbują odczytywać intencje prezesa, ale czytających jest tak wielu, że powstaje chaos.

Minister finansów wysłał dość dziwny w treści i ekstrawagancki, gdy idzie o obyczaje, list do prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Dziwny, bowiem zasugerował, aby prezes przynajmniej do 13 maja nie zabierał publicznie głosu, gdyż jego wypowiedzi mogłyby wpłynąć na obniżenie ratingu Polski przez agencję Moody’s, co jest zdarzeniem raczej spodziewanym. Prezes Rzepliński akurat ostatnio specjalnie gadatliwy nie był, a więc intencja listu do końca jasna nie jest. Trudno przecież potraktować poważnie wypowiedzi niektórych polityków PiS, że to Rzepliński szkodzi Polsce i on osobiście za rating odpowiada. Chociaż niektórzy politycy PiS potrafią wypowiadać największe głupstwa z powagą i wielkim zaangażowaniem, taka operacja znalezienia winnego ma minimalne szanse powodzenia. Nawet wśród najwierniejszych wyborców PiS, z których większość być może nie wie (podobnie zresztą jak większość Polaków), czym owe ratingi w istocie są, a jeszcze niedawno przekonywano ich, że rating to nie taka ważna sprawa, gdy fundamenty gospodarki są zdrowe.Minister finansów pomylił adresatów. Gdyby napisał do prezydenta z sugestią przyjęcia ślubowania od trzech prawidłowo wybranych sędziów czy do pani premier, aby wydrukowała orzeczenie TK, co zresztą należy do ich konstytucyjnych obowiązków, kwestia Trybunału zostałaby natychmiast rozplątana. Może wtedy rating byłby uratowany. Może nawet w zagranicznych mediach pojawiłyby się pochlebne dla rządzących komentarze, a marsze opozycji straciłyby impet i policja nie musiałaby tak intensywnie trenować zadań z dzielenia, czyli przerabiania ponad 200 tys. ludzi w ledwie czterdzieści. Niestety, minister finansów wybrał drogę politycznej awantury, bo tylko tym pisanie takich listów może się skończyć. Rządzenie poprzez wywoływanie konfliktów i podgrzewanie temperatury życia publicznego jest oczywiście ulubioną metodą PiS, zwłaszcza prezesa, ale dlaczego w ten scenariusz wpisuje się minister finansów, który powinien być oazą spokoju?

Dotychczas wydawało się, że wszystko, czego jesteśmy świadkami, jest zimną kalkulacją Jarosława Kaczyńskiego, ale chyba jednak lider gdzieś się zapętlił, a szeregi wyraźnie nie nadążają. Próbują odczytywać intencje, ale czytających jest tak wielu, że znów rodzi się chaos. Posłowie składają projekt kolejnej nowelizacji ustawy o TK, która jeszcze bardziej plącze sprawę i nie jest żadnym krokiem w dobrym kierunku, prezes nieodmiennie powtarza, że wyroku wydrukować nie można, bo jest niezgodny z konstytucją. Na dodatek spora grupa polityków i komentatorów niejasno gaworzy o jakimś kompromisie, w który to chór, niestety, włączył się także prof. Rzepliński, opowiadając o tajnych wysłannikach prezesa z tajnymi „kompromisowymi” misjami.

Można wyczuć, że kwestia TK prezesowi Kaczyńskiemu doskwiera bardziej, niżby chciał pokazać, ale widać też, że się nie cofnie. Ciekawe, ile jeszcze projektów nowelizacji ustawy o TK pojawi się w tym roku? Wnoszenie kolejnych, a więc przyznawanie się stopniowo, że poprzednie były fatalne, może być sposobem dotrwania w stanie kryzysu do końca kadencji prof. Rzeplińskiego, której kres powszechnie uważa się, nie wiedzieć zresztą czemu, za koniec kryzysu. Chyba tylko w tym sensie, że po tej kadencji Trybunał nie będzie miał już większego znaczenia i powiększy pole politycznych łupów, co dla partii rządzącej jest zawsze atrakcyjne.

Jeśli jednak uznać, że list ministra finansów odegrał jakąś pozytywną rolę, to być może tę, że nieco zdusił „debatę” konstytucyjną zainicjowaną przez prezesa Kaczyńskiego. Też jedną z najdziwniejszych, właściwie kuriozalną. Projektu partia rządząca nie ma (poprzedni schowała, aby nie pokazywać autorytarnych pazurków), nie ma ich opozycja, nawet balansujący między opozycyjnością i koalicyjnością Kukiz’15 ma ledwie kilka haseł, mocno wyeksploatowanych w kolejnych kampaniach. Nikt nie ma konstytucyjnej większości w parlamencie i nawet jeśli PiS jakoś grupę posłów dokupi, to też nic z tego nie będzie. Ponadto – i to jest być może kwestia zasadnicza – nowa konstytucja nie jest PiS do niczego potrzebna. Bez niej radzi sobie znakomicie, uchwalając kolejne niekonstytucyjne ustawy i zapowiadając dalsze, o tych samych niekonstytucyjnych „walorach”. Nawet jeśli TK za kilka miesięcy w jakiejś formie fasadowo-przetrwalnikowej odżyje, to stos niekonstytucyjnego prawa, cieszącego się przecież co do zasady domniemaniem konstytucyjności, będzie tak wielki, że latami przyjdzie się z nim zmagać i skutków nikt już nie odwróci.

Jarosław Kaczyński bez zmiany konstytucji osiągnął już bardzo wiele, uchwycił prawie wszystkie instrumenty potrzebne do rządzenia, w tym te, do których przywiązuje największą wagę: kontrolę nad resortami siłowymi, służbami specjalnymi, prokuraturą, w której kadrowe przetasowania mające na celu uczynienie jej sprawną maszynką władzy idą pełną parą, na co każdy dzień przynosi dowody. Generalnie zasada jest taka: swoich bronimy, czyli umarzamy albo nie podejmujemy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]