POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 15-17

Temat tygodnia

Malwina Dziedzic

Nowoczesna po romansie

Ryszard Petru potrafi uwodzić – najpierw oczarował wyborców i wprowadził swoją partię do Sejmu, później opinię publiczną, która w sondażach potroiła wyborczy wynik Nowoczesnej. Wybaczano mu gafy i braki w wiedzy. Ale „Madera” go podtopiła. A może być jeszcze gorzej.

Emigrować będę musiał w dwóch przypadkach: kiedy PiS wygra drugą kadencję albo kiedy Rysiek zostanie premierem. Bo to będzie dramat dla Polski – tak mógłby wyzłośliwiać się któryś z polityków Platformy, to jednak opinia posła Nowoczesnej, rozczarowanego stylem zarządzania partią i klubem przez Ryszarda Petru. W dodatku nieodosobniona, bo podobnie o kwalifikacjach lidera N wypowiada się również inny nasz rozmówca, który jeszcze do niedawna wierzył w „nowoczesny” projekt Nowoczesnej. Teraz twierdzi, że N niewiele różni się od PO i innych partii – a nawet gorzej, bo w szybszym tempie trawią ją choroby, które dotykają stare ugrupowania.

Nowoczesna zmutowała. Startowałem z jej list, chciałem zmieniać Polskę. Przestałem się łudzić, że z Ryszardem może się to udać. On gra tylko na siebie. Takich rozgoryczonych głosów jest więcej. Politycy N narzekają, że Petru nikogo nie słucha, nie ma długofalowej strategii, liczy na poklask i wierzy, że tylko on może zostać premierem. Mają żal o ostatnie wybory władz klubu oraz o to, że nie udźwignął konsekwencji sylwestrowego wypadu z partyjną koleżanką do Portugalii – a przede wszystkim, że nie przeprosił.

On nie ma w zwyczaju mówić przepraszam oraz dziękuję – dodaje nasz rozmówca. I rzeczywiście, Petru zapewniał, że „rozumie rozczarowanie” członków N jego „nieobecnością w sali plenarnej na przełomie roku” (list do działaczy), w mediach przyznawał, że wyjazd był błędem, jednak nigdzie nie padło słowo „przepraszam”. A takie gesty w polityce mają znaczenie.

W partii narasta bunt, choć jego źródeł nie należy wiązać tylko z „Maderą”. To suma problemów, które nabrzmiewały przez ostatni rok. Chodzi o nazwiska i stanowiska. O otaczanie się klakierami, ignorowanie innych głosów, pomysłów, konstruktywnej krytyki. Wreszcie – o niewykorzystywanie potencjału ludzi, którzy „wierzą w projekt”: rzucili swoje biznesy, zdecydowali się wejść do polityki, bo chcieli zmiany jej jakości. Teraz zaś chcą przede wszystkim odsunąć PiS od władzy, bo widzą, jak „ludzie Jarosława Kaczyńskiego niszczą Polskę”. I coraz mniej wierzą, że Ryszard Petru ma pomysł, jak to zrobić. Także dotychczasowi sympatycy partii coraz bardziej krytycznie patrzą na działania lidera Nowoczesnej, szczególnie te z ostatnich tygodni.

Niezrozumiałe zachowanie na finiszu parlamentarnego kryzysu – zasiadanie z Kaczyńskim do stołu, później wycofywanie się z negocjacji, atakowanie bez wyraźnego powodu Grzegorza Schetyny przez Joannę Scheuring-Wielgus czy wreszcie straszenie pozwami mediów wyliczających partyjne wojaże Ryszarda Petru i Joanny Schmidt (z sugestią, że mogły mieć charakter inny niż służbowy), potęgują wrażenie, że lider N się pogubił.

Roszady

– On sprywatyzował tę partię! – mówi jeden z posłów Nowoczesnej. Jako przykład przywołuje wyznaczenie pierwszego składu prezydium klubu – zarzuca, że dobór władz był niedemokratyczny, bo wynikał wprost ze wskazania lidera N. To budziło niezadowolenie części polityków, którzy też chcieli mieć wpływ na kierunek działania partii. Petru próbował rozładować narastające napięcie. Dlatego jesienią ub.r. zaprosił członków klubu na rozmowy: z każdym z osobna, w cztery oczy. Ich wynikiem było poszerzenie prezydium klubu o dwoje posłów: Kamilę Gasiuk-Pihowicz, która miesiąc wcześniej przestała być rzeczniczką N, oraz o Michała Stasińskiego, polityka z kręgu tych bardziej krytycznych wobec szefa N. To był koniec listopada.

Dwa miesiące później znów trzeba było dokonać zmian. Oficjalny powód: konieczność rozdzielenia władz klubu i partii w związku z ryzykiem przyspieszonych wyborów samorządowych. Ten wskazywany w kuluarowych rozmowach: konsekwencja skandalu obyczajowego i potrzeba odsunięcia dotychczasowej wiceprzewodniczącej klubu Joanny Schmidt. Do dymisji podali się wszyscy członkowie prezydium oprócz Ryszarda Petru i Barbary Dolniak, wicemarszałkini Sejmu. Schmidt, podobnie jak Scheuring-Wielgus, nie startowała w tych wyborach.

W prezydium miało się znaleźć miejsce dla dwóch osób spoza grona popleczników Petru, tak się jednak nie stało. Wybrany został jedynie Michał Stasiński. Ten zaś wstał i powiedział, że do takiego prezydium nie będzie wchodził. Następny w kolejności pod względem liczby głosów był Paweł Pudłowski, ale także on powtórzył słowa Stasińskiego. Potem była Marta Golbik. I tu podobna reakcja. Do prezydium zgodził się dołączyć Zbigniew Gryglas, o którym mówi się, że jest najbardziej konserwatywnym posłem Nowoczesnej – to on razem z Elżbietą Stępień jako jedyni z klubu N głosowali za odrzuceniem w pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu „Ratujmy kobiety”.

Kilka dni wcześniej z funkcji rzecznika zrezygnował Paweł Rabiej. I w tym przypadku krążą dwa tłumaczenia. Oficjalne: ma inne obowiązki, nie jest też posł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]