POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 34-39

Raport

Piotr StasiakAnna Jakubas  [wsp.]

Nowy d@rmowy świat

Pomysły, aby użytkowników ściągających nielegalnie muzykę i filmy odcinać od dostępu do sieci, rozpętały kolejną debatę o tym, co ma być w Internecie za darmo. Padają oskarżenia: o kradzież z jednej, o łamanie praw człowieka z drugiej strony. Prawdziwy problem leży głębiej: Internet już przeorał sposób myślenia całych pokoleń. Czeka nas rewolucja. Czy nam się to podoba, czy nie.

Dokładnie dziesięć lat temu, jesienią 1999 r., w Internecie błyskawiczną karierę zrobił Napster – pierwszy serwis wymiany plików z muzyką w formacie mp3. Program napisał Shawn Fanning, licealista z Bostonu. Wynalazł sposób, jak miliony komputerów podłączonych do sieci mogą wzajemnie przesyłać sobie pliki z muzyką (tak zwana wymiana peer-to-peer – czyli P2P). Internauci bardzo szybko zauważyli, że P2P może też służyć do ściągania filmów, seriali, zeskanowanych komiksów i książek, całych kolekcji płyt DVD. Tak zaczęła się rewolucja. Dziś każde dobro kultury jest w Internecie na wyciągnięcie ręki. Internauci słuchają najnowszej światowej muzyki, oglądają filmy i seriale na kilka godzin po ich premierze w USA. Zapełniają swe strony internetowe wklejając (kradnąc?) informacje z innych. Nic za to nie płacą.

Dla wielu artystów i twórców taka sytuacja to dramat. Kilka tygodni temu do sieci wyciekła nowa płyta zespołu Kult. Wokalista Kazik Staszewski publicznie nie przebierał w słowach. Złodzieje – to jeden z łagodniejszych epitetów, które padły pod adresem internautów. W debacie, zorganizowanej przez dziennik „Metro”, awantura na linii artyści–ściągacze rozgorzała na nowo.

Ale w tym samym czasie po drugiej stronie Atlantyku wiele mówi się o najnowszej książce Chrisa Andersona „Free”. Anderson – redaktor naczelny „Wired”, wizjonerskiego miesięcznika o technologii – przewiduje w niej nadejście nowej ery cyfrowej kultury. Czasów, w których większość produktów medialnych rozdawanych będzie za darmo. „Co prawda nie wszystko będzie darmowe, ale wszystko będzie miało swą darmową wersję. Większość odbiorców wybierze właśnie ją, ale część dobrowolnie zapłaci za coś ekstra” – pisze Anderson. Na potwierdzenie swej teorii wypuścił na rynek kilka wersji książki „Free”. Można ją kupić w tradycyjnym wydaniu papierowym (w cenie 21,50 dol.), na czytniki elektroniczne i telefony (9,99 dol.), w formie audiobooka lub po prostu za darmo ściągnąć z sieci. Dlaczego autor dobrowolnie rozdaje owoc swej kilkuletniej pracy?

Bo ma nadzieję, że ostatecznie mu się to opłaci. Wpuszczenie książki do sieci, choć w ciągu kilku tygodni ściągnęło ją 300 tys. osób, nie przeszkodziło jej papierowemu wydaniu trafić na listę bestsellerów „New York Timesa”. Zaś Anderson liczy, że szum medialny wokół sprawy zwiększy sprzedaż jego poprzednich publikacji. Spływają też zaproszenia na dobrze płatne odczyty. Znów głośno o piśmie „Wired”, w którym przecież pobiera pensję. To są – zdaniem autora „Free” – podstawy nowej ekonomii: freekonomii, czyli ekonomii darmochy (nie mylić z freakonomią, wariacką ekonomią Stevena D. Levitta). Jej bazą ma być globalna sieć komputerowa, w której koszty produkcji oraz dystrybucji dóbr kultury błyskawicznie zmierzają do zera.

Ofiary kopiuj-wklej

Teoria Andersona natychmiast znalazła zwolenników w sieci. I wielu krytyków, wśród których dominują głosy producentów oprogramowania, gier i filmów, oraz twórców, artystów, telewizji, wydawców prasy. Dla nich inwazja internetowej darmochy jest śmiertelnym zagrożeniem. Obawiają się, że podzielą losy wielkich wytwórni płytowych, które jeszcze do niedawna trzęsły światowym rynkiem muzycznym. Rewolucja zapoczątkowana w 1999 r. przez Napstera dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Dziś ledwo wiążą koniec z końcem.

Strach jest głęboko uzasadniony. Komputery są już powszechne, a każdy film, książka, gra czy artykuł w formie cyfrowej to tak naprawdę tylko ciąg zer i jedynek, które można za pomocą kombinacji klawiszy ctrl-c (skopiuj) i ctrl-v (wklej) wysłać w świat. Nic dziwnego, że firmy z branży medialnej nie chcą być kolejnymi ofiarami. I nazywają sprawy po imieniu – to jest kradzież. Według Międzynarodowego Stowarzyszenia Przemysłu Fonograficznego (IFPI) w 2008 r. na całym świecie spiratowano 40 mld piosenek. Tylko 20 proc. całego rynku muzycznego stanowiła sprzedaż legalnych utworów przez sieć. Osiągnęła ona wartość 3,7 mld dol., co jest i tak olbrzymim wzrostem (patrz wykres). Legalny rynek cyfrowej muzyki tylko w USA daje realne przychody branży muzycznej (39 proc. wpływów pochodzi ze sprzedaży online). W pozostałych krajach jest to dużo mniej (Niemcy – 9 proc., Francja – 12, Wielka Brytania – 16 proc). W innych branżach również jest niewesoło. We Francji miesięczna liczba filmów nielegalnie wymienionych przez sieć przewyższa o kilka milionów liczbę biletów sprzedanych do kin.

Trudno o takie dane dla Polski. Zresztą skalę piractwa, jak każdego procederu, który zahacza o łamanie prawa, raczej szacuje się, niż precyzyjnie liczy. I tak producenci oprogramowania komputerowego twierdzą, że przez kopiowanie tracą rocznie na polskim rynku 580 mln dol. (dane organizacji BSA). Bardzo ciekawe badania przeprowadził wiosną portal Gazeta.pl wspólnie ze Szkołą Wyższą Psychologii Społecznej. Wynika z nich, że 39 proc. Polaków z grupy aktywnych użytkowników sieci regularnie ogląda nielegalnie ściągnię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Więcej o modelach biznesowych w epoce freekonomii czytaj na: www.polityka.pl/rynek

Załączniki

  • Ile się płaci za e-muzykę

    Ile się płaci za e-muzykę