POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 39 (2724) z dnia 2009-09-26; s. 78

Kultura / Kawiarnia Literacka

Hubert Klimko-Dobrzaniecki

O orce, co nie chciała wolności

Keiko? Czy to dobre imię dla orki... Sam nie wiem, ale pewnie lepsze od Siggiego, bo Keiko, zanim został Keiko, nazywał się Siggi. Siggiego wyłowiono kiedyś u wybrzeży Islandii, a że nie nadawał się na przerób, był za mały, a bieda już opuściła ten kraj i nikt nie był głodny, pogardzono nim jako potencjalnym mięsem i dano żyć. Wsadzono go do ogromnego pojemnika w porcie hafnarfjordzkim i właściwie nie wiedziano, co z nim począć. Nadano mu imię Siggi i dokarmiano świeżymi śledziami. Ale Siggi miał depresję i marniał w oczach.

Zainteresowali się nim żołnierze z bazy amerykańskiej, a potem przyjechał ktoś z Ameryki, jakaś rodzina jednego z wyżej postawionych oficerów. Zrobiono kilka zdjęć, pooglądano zwierzę i zaproponowano miastu pozbycie się kilku ton nieprzydatnego mięsa. Załatwiono transport i Siggi wojskowym herkulesem, na pokładzie którego była specjalna wanna, poleciał sobie za ocean i nikt z mieszkańców Hafnarfjordur nie zauważył jego zniknięcia, choć wcale nie był mały.

Sprawa ucichła, nikt nawet po największej wódzie nie rozmawiał o jakiejś zabiedzonej orce. Za to w Ameryce zaraz szczęście się do niego uśmiechnęło i dostał lokum, a potem pracę na cały etat w jednym z florydzkich delfinariów. Siggi był pojętnym i wdzięcznym podopiecznym, tak że w krótkim czasie przybrał na wadze, zwalczył depresję i nauczył się kilku chytrych sztuczek. Po dwóch latach pobytu w delfinarium był już gwiazdą, a jako gwiazda dostał pseudonim artystyczny. Przestał używać islandzkiego imienia. Zaczęto go przedstawiać jako Keiko. Keiko był tak świetny w tym, co robił, że przysporzył nie tylko ogromnych zysków właścicielom delfinarium, ale jego sława dotarła aż do Hollywood. W Hollywood akurat myślano nad filmem, w którym oprócz chłopca miała wystąpić tresowana orka. Długo nie trzeba było czekać, Siggi dostał angaż i zagrał w filmie „Uwolnić orkę”. Ten film pokazywano w kinach na całym świecie, na Islandii też.

I tu zaczyna się ciekawa historia, kiedy to naród za pomocą ruchomych obrazów leczy się w jeden weekend z demencji. Film odniósł ogromny sukces kasowy, a media islandzkie uparcie przypominały, że ten Keiko to Siggi, że to Islandczyk, którego Amerykanie wywieźli kilka lat temu do delfinarium. Nikt oczywiście nie pisał, w jakich warunkach żył na wyspie. Casus orki jest tylko następnym przypadkiem artysty, który ze względu na złe warunki i brak zainteresowania w ojczyźnie udaje się na emigrację, tam odnosi sukces i dopiero wtedy zaczyna się go doceniać we własnym kraju. Widać orki nie różnią się od ludzi, a ludzie od orek. Jesteśmy ssakami, wiadomo, wszyscy lubimy sławę i dobre wypłaty, obojętnie czy w śledziach, czy dolarach.

Islandczykom natychmiast zaświtał pomysł, aby odzyskać Keiko, ale Amerykanie odpowiedzieli, że dopiero na emeryturze i że muszą przedstawić odpowiedni projekt, bo nie dadzą mu zdychać w jakichś okropnych warunkach, nie przypomną młodości, nie tędy droga. Jeszcze kilka lat Keiko występował w najlepszym delfinarium na Florydzie, nie tylko jako nestor wielorybiego kina akcji, ale jako poczciwiec, przyjaciel dzieci, aż przeszedł na emeryturę. W międzyczasie Islandczykom przyszedł do głowy pomysł. Postanowili, że podejmą się unikalnego eksperymentu, a mianowicie przywrócą Keiko nie tylko ojczyźnie, ale i naturze, że Keiko wróci do oceanu, do rodziny, że umrze jako wolna orka.

Kilkanaście kilometrów od brzegów południowej Islandii jest mały archipelag. Wyspy zasłynęły w latach 70. ubiegłego stulecia z heroicznej walki człowieka z żywiołem. Obok największej o nazwie Heimey wybuchł wulkan, powiększając jej powierzchnię w bardzo krótkim czasie o połowę. Nikt nie zginął, a mieszkańcom udało się skierować języki gorącej lawy wprost do oceanu. Właśnie na Heimey jest naturalny port, wśród ostygłych rozlewisk lawy. Tam postanowiono przeprowadzić kwarantannę wieloryba, zanim zdecyduje o powrocie na łono natury. Sztab naukowców czuwał na całym przedsięwzięciem, wydano kupę pieniędzy z różnych dotacji.

Amerykanie się zgodzili. I tak jak za pierwszym razem Keiko przyleciał samolotem, wojskowym herkulesem. Na miejscu czekała telewizja, prezydent i duchowieństwo. Istny cyrk. Kiedy Keiko w ciężkim szoku wrzucono do zimnego bajora, pastor luterańskiego kościoła narodowego modlił się nad nim i prosił Wszechmocnego, aby waleń zechciał powrócić do natury. Prawie każdy dzień powrotu orki był komentowany regularnie przez kilka miesięcy w wieczornych wiadomościach, a mnie udało się polecieć na wyspy ze znajomą ekipą filmową. Poznałem tego przemiłego jegomościa z szerokim uśmiechem, z białymi plamami po bokach głowy, w&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Hubert Klimko-Dobrzaniecki (ur.1967). W 2003 r. ukazał się zbiór jego opowiadań „Stacja Bielawa Zachodnia” (wznowiony później pt. „Wariat”). Rozgłos przyniósł mu „Dom Róży. Krýsuvík”. W 2007 r. opublikował powieści: „Kołysanka dla wisielca” i „Raz. Dwa. Trzy”. W tym samym roku był nominowany do Paszportu POLITYKI. W październiku 2009 r. ukaże się jego nowa powieść „Rzeczy pierwsze”. Spędził 10 lat w Islandii, teraz mieszka w Wiedniu.