POLITYKA

Piątek, 23 czerwca 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 14-16

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

O pozycji opozycji

Nawet jeśli PiS jakoś dogada się z okupującą salę sejmową opozycją, kryzys parlamentarny zostanie jedynie zawieszony. Wróci znowu, bo dotyka najgłębszych ustrojowych fundamentów. Tutaj nie ma mowy o kompromisie.

W ostatnich dniach sytuacja w Sejmie przypominała słynną scenę z „Buntownika bez powodu”: dwa rozpędzone auta pędzą ku przepaści i nie ulega wątpliwości, że jeden z graczy musi w końcu to przerwać. A zarazem żaden nie może tego uczynić pierwszy, gdyż zostanie okrzyknięty przegranym.

Gdy zamykaliśmy ten numer POLITYKI, trudno było przewidzieć, co wydarzy się 11 stycznia. PO i Nowoczesna zapowiadały, że jeszcze przedstawią propozycje załagodzenia konfliktu. Spekulowano też o ustępstwach ze strony PiS. Ponownie Sala Kolumnowa? To scenariusz konfrontacyjny. Opozycja tym razem nie zbojkotuje takiego posiedzenia. A ponieważ nie będzie dość miejsca, aby pomieścić cały Sejm, może dojść do przepychanek. Mówiło się również, że marszałek przedłuży przerwę w obradach, aby przetestować determinację opozycji.

Tak czy owak polski parlamentaryzm trawi dziś kryzys, jakiego jeszcze nie było.

Dekoratorzy z Wiejskiej

Cyniczny obserwator zapytałby, o co tyle krzyku. Bo parlament od wielu już kadencji pełni funkcję konstytucyjnej dekoracji do legalizowania decyzji zapadających w zaciszu gabinetów. Przeważnie zresztą partyjnych, a nie rządowych.

W obecnej kadencji degradacja jest szczególnie jaskrawa. Procedura legislacyjna została obrócona w karykaturę. Kolejne czytania projektów ustaw i prace w komisjach rzadko służą merytorycznej korekcie. Dopychane kolanem w blokowych głosowaniach bądź korygowane odgórnymi dyrektywami dowodzą skrajnego uprzedmiotowienia parlamentu. Tak samo jak nagminna praktyka składania kontrowersyjnych ustaw jako projektów poselskich, czyli bez konsultacji. Podpisani pod nimi wybrańcy narodu dają się redukować do roli figurantów. Obrazu klęski dopełnia zniszczenie Trybunału Konstytucyjnego oraz bezwolna prezydentura Andrzeja Dudy. Nikt już nie jest w stanie wymusić na większości sejmowej dbałości o standardy legislacyjne.

Wpływ opozycji na tworzenie prawa? O tym od lat nie ma już mowy. Debiutanci z Nowoczesnej i Kukiz’15 konstatowali to zresztą z rozczarowaniem. Pytani o źródła satysfakcji odpowiadali podobnie. Że czują frajdę, gdy – po rytualnym odrzuceniu ich poprawek do rządowej ustawy – na kolejnym posiedzeniu niektóre z nich zostają zgłoszone przez PiS. Wtedy opozycyjny poseł czuje, że jednak ma na coś wpływ.

Ale PiS tylko uskrajnił tendencje, które narastały od kilku kadencji. Pod tym względem Tuska wiele nie różniło od Kaczyńskiego; on też, poszerzając osobistą władzę, redukował rolę parlamentu. Tyle że robił to w białych rękawiczkach, nie walcząc z Trybunałem. Bez ostentacyjnego łamania procedur, kneblowania posłów, nakładania na nich kar finansowych i straszenia prokuratorem. Przynajmniej deklaratywnie Tusk starał się hołdować demokratycznym cnotom.

To wtedy Kazimierz Michał Ujazdowski z PiS opracował „pakiet demokratyczny”, który miał gwarantować prawa opozycji. Całkiem zresztą sensowny. Tyle że po ostatnich wyborach większościowy już PiS nie zawracał sobie głowy pakietem. Odrzucenie obywatelskiego projektu ustawy dopuszczającej aborcję w pierwszym czytaniu oraz ignorowanie wniosków o wysłuchania publiczne to dobitne przykłady potwierdzające słuszność przysłowia o relacjach łączących punkt widzenia i siedzenia. Podobnie jak dalsze losy Ujazdowskiego, który opuścił szeregi PiS.

Wyspiarskie wzorce

To zresztą nie przypadek, że Jarosław Kaczyński chętniej opowiadał ostatnio o kopiowaniu rozwiązań brytyjskich. Mimo że z perspektywy europejskiej jest to model osobliwy. Ignorujący to, co na kontynencie szczególnie jest cenione – poszukiwanie konsensusu. Sednem parlamentaryzmu brytyjskiego jest konfrontacja: większość rządzi, a mniejszość krytykuje i przedstawia własne propozycje. Nawet głosowania w Izbie Gmin odbywają się jedynie w wyjątkowych przypadkach. Na ogół zakłada się, że większość nominalna dysponuje większością faktyczną.

I to się z pewnością Kaczyńskiemu podoba. A że model brytyjski nie przystaje do naszego systemu, z ordynacją proporcjonalną i wielopartyjną sceną? Tym lepiej, wyspiarski przeszczep mógłby przecież wprawić podzieloną opozycję w konfuzję, dodatkowo ją skłócić, napędzić złych emocji. Zdaniem prezesa opozycja – w systemie brytyjskim jednolita – u nas również powinna zostać zinstytucjonalizowana, a jej szef pobierałby wynagrodzenie z kasy państwowej. Cóż przyjemniejszego, niż rzucić kość i oglądać, jak wrogowie się gryzą?

Wielka Brytania nie jest wzorem zbalansowanego ustroju. Instytucjonalne defekty rekompensuje jednak utrwalany od XVII w. system demokratycznych konwenansów. I nie jest przypadkiem, że Kaczyński akurat tego tematu woli nie dotykać. Bo spikerem w Izbie Gmin – odpowiednikiem marszałka Sejmu – nigdy nie zostałby ktoś pokroju Marka Kuchcińskiego. To stanowisko zarezerwowane dla polityków cieszących się autorytetem, gwarantujących bezstronność. Choć spiker wywodzi się z szeregów rządzącej większości, po zakończeniu kadencji staje w swym okręgu do wyborów jako kandydat niezależny.

Izba Gmin nie służy politycznemu biciu piany. Debaty są merytoryczne i uporządkowane formalnie. Każdy poseł rządzącej większości ma kontrolującego go odpowiednika w ł...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]