POLITYKA

Czwartek, 30 marca 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 96-97

Świat

Tomasz Zalewski

Obama się łamie

Bitwa Baracka Obamy o reformę ochrony zdrowia przebiega równie niepomyślnie jak wojna w Afganistanie. Sprawa nie jest jeszcze przegrana, ale los flagowego projektu demokratów stoi pod znakiem zapytania.

Czy Obama - jak Clinton i inni prezydenci przed nim - też połamie sobie zęby na próbie naprawy chorej amerykańskiej opieki zdrowotnej? W czasie sierpniowej przerwy w Kongresie demokratyczni legislatorzy wyruszyli w teren z zadaniem przekonywania do reformy. Zorganizowane w stanach spotkania z wyborcami, town meetings, okazały się piarowską katastrofą - widownią awantur i burzliwych protestów przeciw rządowemu planowi i całej polityce Obamy. Demokraci wysłuchiwali emocjonalnych tyrad wyborców; na transparentach przynoszonych na wiece widniał sierp i młot albo portrety prezydenta jako Hitlera. Dochodziło do bójek i przepychanek.

Reforma - gardłowali demonstranci - to próba wprowadzenia socjalizmu, a przynajmniej przejęcia przez rząd ochrony zdrowia, usługi medyczne będzie się racjonować, a staruszków odłączać od aparatury, aby oszczędzić na leczeniu. Emeryci wyrażali paniczny lęk, że rząd zabierze ich prywatne plany ubezpieczeniowe albo zredukuje świadczenia z federalnego funduszu Medicare. Inni ostrzegali, że reforma powiększy deficyt i doprowadzi kraj do ruiny. Demokratyczni politycy wyglądali na zupełnie nieprzygotowanych do konfrontacji.

Demagogiczne argumenty o socjalistycznej medycynie i panelach śmierci (autorstwa Sarah Palin) były echem kampanii w konserwatywnych stacjach radiowych i telewizji Fox News, gdzie codziennie odbywa się sabat czarownic w wykonaniu Rusha Limbaugh, Seana Hannity i Glena Becka. Demokraci w Waszyngtonie (Nancy Pelosi) i dziennik „New York Times” (Paul Krugman) nazwali protesty rządami motłochu, ale wywołało to efekt przeciwny - oto elitarne snoby gardzą troskami prawdziwych Amerykanów - i jeszcze bardziej podsyciło furię. Kampania opozycji zadziałała - poparcie dla reformy spadło. Według sondażu ośrodka badań opinii Rasmussen Report, o ile rok temu tylko 29 proc. społeczeństwa uznawało system opieki zdrowotnej w USA za dobry lub doskonały, to obecnie ocenia go tak aż 48 proc. Zmianę można wytłumaczyć tylko skutecznym straszeniem reformą. 68 proc. Amerykanów za dobry uważa swój plan ubezpieczeniowy. Nie chcą, by jego zmiany były ceną za ubezpieczenie 47 mln rodaków, którzy polis nie mają.

Sukces antyreformatorskiej kampanii nie wystawia dobrego świadectwa amerykańskiej demokracji - dowodzi podatności Amerykanów na demagogię frazesów o rządzie, który wszystko robi źle, i łatwości manipulacji. Przeciwnicy reformy roztaczają złowrogą wizję europejskiej, znacjonalizowanej służby zdrowia, którą Obama rzekomo chce wprowadzić, chociaż model single payer (jednego płatnika), czyli państwowej, powszechnej opieki - zresztą zróżnicowany w Europie, gdzie np. we Francji i Niemczech szpitale i ubezpieczalnie są prywatne - został z góry wykluczony jako niemający w Ameryce żadnych szans.

W projekcie znalazła się tylko propozycja utworzenia federalnego funduszu ubezpieczeniowego na wzór Medicare dla emerytów, pomyślanego jako alternatywa dla około 1300 prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych, które łupią klientów, podnosząc składki i mimo kryzysu notując rekordowe zyski. Na giełdzie klient mógłby wybrać między firmą prywatną a opcją publiczną. Ta ostatnia napotkała jednak zażarty opór firm ubezpieczeniowych, lekarzy i szpitali. Ubezpieczyciele boją się, że fundusz będzie uprzywilejowany i odbierze im klientów, a dostawcy usług medycznych obawiają się, że wypłacane z niego stawki będą niższe (jak z Medicare). Te właśnie grupy nacisku nakręcają propagandową machinę przeciwko opcji publicznej jako nowemu czerwonemu niebezpieczeństwu.

Ich presji ulegli wszyscy republikanie - twardo zapowiadają, że nie zagłosują na reformę, jeśli znajdzie się w niej państwowy fundusz. Uginają się nawet niektórzy konserwatywni demokraci. Ekipa Obamy zaczęła się wahać. Jego minister zdrowia, szef kancelarii prezydenckiej Rahm Emanuel, a nawet sam prezydent, oświadczają teraz, że opcja publiczna nie jest najistotniejsza. Zamiast tego wysunięto propozycję kooperatyw firm ubezpieczeniowych jako bardziej strawną dla opozycji. Wywołało to gniew lewicy w Kongresie, która z kolei zagroziła, że nie zagłosuje na reformę bez funduszu państwowego. Konkurencja - argumentują promotorzy reformy - zmusiłaby prywatnych ubezpieczycieli do obniżania cen i doprowadziłaby także do obniżenia cen usług medycznych. Progresywiści zarzucili Obamie, że nie dość twardo broni reformy, ustępując potężnemu lobby. Oczekiwaliśmy - mówią - silniejszego przywództwa.

Prezydenta krytykują też zwolennicy ostrożniejszych rozwiązań, zdaniem których niepotrzebnie zlecił on opracowanie ustawy Kongresowi, gdzie rządzi lewe skrzydło demokratów. Kongres cieszy się znacznie mniejszym zaufaniem i popularnością niż prezydent. Ludzie Obamy chcieli uniknąć błędu Clintona, kiedy reformę przygotowywał w tajemnicy Biały Dom, ale wpadli w drugą skrajność. W rezultacie notowania Obamy w sondażach spadły w ostatnich tygodniach.

Przykładem propagandowej manipulacji GOP - jak potocznie nazywa się republikanów - było też wmawianie wyborcom, że Obama planuje objęcie ubezpieczeniami 10 mln nielegalnych imigrantów - reforma przewiduje to tylko dla legalnych. Innym skutecznym manewrem stało się straszenie panelami ś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]