POLITYKA

Czwartek, 22 czerwca 2017

Polityka - nr 12 (3103) z dnia 2017-03-22; s. 9

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce. Komentuje Róża Thun

Róża Thun

Obciach zamiast promocji

Latem zeszłego roku rząd powołał do życia Polską Fundację Narodową, która ma za zadanie pokazywać za granicą „Polskę piękną, Polskę przyjazną, Polskę, do której warto przyjechać, Polskę ambitną; Polskę, w której są ogromne możliwości, wspaniali ludzie, wspaniałe pomysły” – jak to podczas inauguracji zapowiedziała premier Szydło. Budżet przewidziany na promowanie naszego kraju to 100 mln zł rocznie.

Przypomniałam sobie ten fakt, czytając w „The Economist” artykuł „Polska wzmocniła swoją pozycję problematycznego dziecka Europy”, w którym już na wstępie informuje się czytelników, że: „W ciągu jednego tygodnia rząd oddał się dwóm paranoidalnym obsesjom”. Pierwsza to obsesyjna nienawiść polskiego rządu do Donalda Tuska, który spokojnie wyprowadził Europę z kilku poważnych kryzysów. Druga to czystki w Ministerstwie Spraw Zagranicznych dotykające wszystkich tych, którzy otarli się o struktury peerelowskie. W artykule nawiązano do słów Tuska z konferencji prasowej po szczycie w Brukseli i jego przestrogi przed paleniem mostów – bo potem nie można z nich więcej skorzystać. „Ale wygląda na to, że pan Kaczyński jest w szponach mocno rozwiniętej piromanii” – kończy autor tekstu w „The Economist”.

W samym Parlamencie Europejskim dyplomatycznie mówi się o „trochę dziwnym rządzie w Warszawie”. Przy Polakach koledzy starają się nie drwić głośno, żeby nie robić nam przykrości. Jednak kilka razy z niedowierzaniem pytano mnie, czy to prawda, że premier Szydło była witana na lotnisku kwiatami? Rumieniąc się z zażenowania, potwierdzałam, wywołując zdumienie i niepohamowane salwy śmiechu.

Przy takiej polityce nawet te 100 mln na budowę „marki, która nazywa się Polska” na niewiele się zda. Fatalny wizerunek za granicą ma swoje konsekwencje. Do Komisji Europejskiej zwracają się przedsiębiorcy z pytaniami, czy bezpiecznie jest inwestować w Polsce, ponieważ obawiają się skutków braku praworządności. Za to Słowacy i Czesi wydają się bardzo zadowoleni z polskiej polityki, bo gwałtownie przybywa im inwestorów i miejsc pracy.

Irytuje mnie mówienie o rozpadzie Unii. W 60. rocznicę traktatów rzymskich to nie UE się rozpada, tylko odpadają niektóre kraje – których zresztą nie było 60 lat temu przy stole w sali na rzymskim Kapitolu. Tak zdecydowała część Wielkiej Brytanii (Szkoci już zapowiadają referendum w sprawie odłączenia się od Londynu i pozostania w UE), takie sygnały wysyła rząd Polski.

Opowieści o dominacji prawicowych populistów i rozsypce Unii są dalece przesadzone. Mam wrażenie, że przytaczamy je po to, aby się pocieszyć, że to nie tylko my, obywatele polscy, jesteśmy rządzeni przez paranoidalnych piromanów. Ale wystarczy spojrzeć na wyniki ostatnich wyborów np. w Austrii, gdzie wbrew powszechnym obawom prezydentem został Alexander Van der Bellen. Oczywiste jest, że nie wszystkim jego wyborcom – myślę o konserwatystach – łatwo było zagłosować na tego zielonego, mocno lewicowego polityka, ale poszli na kompromis, żeby zatrzymać antyeuropejskiego populistę o nacjonalistycznych zapędach – Norberta Hofera.

Ileż to razy słyszeliśmy, że w Holandii wygra Geert Wilders? A jednak Holendrzy wybrali kurs proeuropejski. W Niemczech poparcie dla antyeuropejskich, ksenofobicznych partii nie rośnie i nie będą one odgrywały decydującej roli w bardzo interesującym starciu Merkel–Schulz. Wszyscy patrzą na Francję. Ale Francuzi już raz pokazali, że potrafią się zjednoczyć ponad podziałami, aby powstrzymać finansowany przez Putina Front Narodowy, któremu przewodzi głośna Marine Le Pen.

Mimo serwowanych nam przez specjalistów od zamachów i San Escobar opowieści o powrocie do polityki „państw narodowych” kraje europejskie – z małymi wyjątkami – idą w kierunku większej spójności. 60 lat po traktatach rzymskich rządy przestrzegające prawa i swobód obywatelskich rozumieją potrzebę wspólnej dobrze funkcjonującej waluty oraz większej dyscypliny fiskalnej i budżetowej; konieczność wysokich inwestycji na badania i rozwój, na innowacyjność i czystą energię; potrzebę wspólnego rozwiązywania palących wyzwań socjalnych (jak np. miejsca pracy dla młodych) oraz wspólnej odpowiedzialności za pomoc uchodźcom i za bezpieczeństwo granic zewnętrznych. Spektakularny wynik 27:1 to również ilustracja mojej wyżej postawionej tezy.

Wygląda na to, że kończy się tolerancja dla – kiedyś zabawnych, a może nieco egzotycznych – eurosceptyków. Dziś są niebezpiecznymi mistrzami propagandy, opóźniają rozwój gospodarczy i wystawiają obywateli naszego kontynentu na zagrożenia, jakimi są agresywni dyktatorzy sąsiadujący z Unią.

Salę Parlamentu Europejskiego coraz trudniej utrzymać w dyscyplinie, kiedy swoje kilka minut wykorzystują posłowie z prawej strony. Podczas ich wystąpień słychać buczenie i uderzanie otwartymi dłońmi w blaty. Ostatnio poseł Manfred Weber zaproponował, aby posłom gardłującym przeciwko Unii Europejskiej nie wypłacać pieniędzy. Nagrodzony został rzęsistymi oklaskami. Dobrze, że nie zaproponował, żeby krajom rządzonym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]