POLITYKA

Niedziela, 20 sierpnia 2017

Polityka - nr 44 (2729) z dnia 2009-10-31; s. 82-84

Świat

Marek Ostrowski

Obietnica królowej

Wielkie kraje przypominają kobiety: wszystkie są zazdrosne. Czy ten dyplomatyczny bon mot się sprawdzi, kiedy Unia wdroży traktat lizboński?

Ostatni hamulcowy, ekscentryczny prezydent Klaus, powiedział, że nie zatrzyma przecież jadącego pociągu, zatem pewnie podpisze traktat, który wkrótce wejdzie w życie. Unia Europejska pozyska dzięki temu nowe reguły i mechanizmy działania. Problemy instytucjonalne może mniej interesują publiczność, za to na pewno obchodzą nas symbolika i poczucie wspólnoty. Będziemy więc mieli nie tylko prezydenta kraju, ale i prezydenta Europy, a także „ministra spraw zagranicznych” Unii.

Oba te ważne stanowiska mają być jednym głosem Europy. To jeszcze pomysł głównego autora traktatu Valéry’ego Giscarda d’Estaing, który uparcie podkreślał, że zmiany prezydencji co pół roku nie pozwalają na żadne perspektywiczne działanie, a dwa i pół roku to już coś znaczy na scenie międzynarodowej. „Europa powinna szukać i wynaleźć swego George’a Washingtona” – apelował były francuski prezydent.

Washington, pierwszy prezydent USA, jest symbolem scalenia „Unii Amerykańskiej”, której stany początkowo wcale nie paliły się do federacji. Ciekawe jednak, czy obecny francuski prezydent zniósłby obok siebie Jerzego Waszyngtona, za którym przecież nie stałby żaden rząd, a tylko idea wspólnego działania.

Czy więc rzeczywiście ci nowi europejscy urzędnicy będą coś znaczyć, czy też przywódcy narodowi zepchną ich do funkcji wyłącznie ceremonialnych? Czy będziemy ich traktować poważnie, jak swoich przywódców politycznych?

Czy prezydent Europy, który może pojawić się już w styczniu, zyska szersze społeczne poparcie? W punkcie startowym – bardzo wątpliwe. Prezydent konkretnego państwa, czy to z wyborów powszechnych jak w Polsce czy Francji, czy z głosowania w parlamencie, popularny czy nie, ma mandat właśnie z tych wyborów. Może się na nie powołać jako podstawę swego autorytetu. W europejskim przypadku, nawet gdyby chodziło o polityków o uznanej renomie, Tony’ego Blaira czy Jana Petera Balkanende, prezydent i tak będzie owocem zakulisowych międzyrządowych przetargów, w które nikt spoza wąskiego grona szefów rządów i ministrów spraw zagranicznych nie ma wglądu.

Czy – nawet hipotetycznie – możliwe byłoby inne rozwiązanie: prezydent Europy z mandatem od wyborców europejskich? Nie, gdyż dziś trudno wyobrazić sobie, aby jakikolwiek polityk dał się bezpośrednio poznać elektoratowi 27 krajów: od Malty po Finlandię.

W demokracji medialnej prezydent UE musiałby zwracać się do wyborców wprost, a nie przez tłumacza. Poza tym, gdyby startowało w takich wyborach kilku kandydatów, Polacy zapewne głosowaliby na Polaka, Brytyjczycy na Brytyjczyka, Hiszpanie na Hiszpana i tak dalej. Podejście takie jest chyba wszechobecne. Na przykład, w ostatnim wywiadzie telewizyjnym prezydent Lech Kaczyński powiadomił, że będzie popierał Janusza Lewandowskiego na stanowisko komisarza europejskiego, chociaż się z nim nigdy nie zgadzał. Ważniejsza dla prezydenta jest narodowość niż program i kompetencje (nie chodzi nam tu o żadną krytykę Lewandowskiego, tylko sposób rozumowania prezydenta). Choć nikt jeszcze tego empirycznie nie badał, możliwe, że dla wszystkich społeczeństw Unii ważniejszy jest swój, a do obcego nie ma zaufania.

Kiedy José Manuel Barroso reklamował się jako dobry kandydat na przewodniczącego Komisji, podkreślał, że Europie potrzebny jest „silny przywódca, który musi stawić czoło silnym państwom, chcącym realizować własne interesy”. Chris Patten (komisarz ds. stosunków zewnętrznych Unii Europejskiej 2000–2004) wspomina w pamiętnikach swoje pierwsze spotkania z Putinem, kiedy gorąca była kwestia czeczeńska. „Wiedzieliśmy, że Putin kłamie, a on wiedział, że my wiemy... ale miał to w nosie” – pisze komisarz, który, jak i cała Komisja, chciał w jakiejś formie Rosję skrytykować za użycie nieproporcjonalnie wielkiej siły. Kiedy jednak przyszło do konkretów, ówczesny prezydent Jacques Chirac wyniośle odparł, że Komisja powinna wielkie kwestie polityczne zostawiać przywódcom. I urzędników w Komisji szybko pouczono, iż zajmują niekonstruktywną postawę wobec Rosji.

Kogo szukamy na to wielkie stanowisko? – Nie zależy nam na tym, żeby wybrać celebrytę, tylko żeby znaleźć skutecznego moderatora w UE, kogoś, kto będzie rzeczywistym twórcą kompromisów – mówi Mikołaj Dowgielewicz, minister do spraw europejskich. Ale dyplomaci Brukseli zwracają uwagę, że traktat przewidział stanowisko przewodniczącego, ale bynajmniej nie zlikwidował rotacyjnej, copółrocznej prezydencji poszczególnych krajów. Droga do walk podjazdowych w stylu Kaczyński–Tusk? Wyobraźmy sobie, że prezydentem zostaje powiedzmy Carl Bildt, b. premier Szwecji, sprawny organizator, a Unii przewodniczy akurat Hiszpania, wielki kraj. Premier Hiszpanii nie może przecież siedzieć w Madrycie i biernie się przyglądać, jak tamten się spotyka z innymi szefami rządów, ustawia całą agendę Rady i nie daje prezydencji odegrać żadnej roli. Recepta na kakofonię? – Summa summarum będzie dominowała współpraca – mówi Jan Truszczyński, dawny polski negocjator i minister, polski wysoki urzędnik Unii. – Owszem, będą cztery osoby, z przewodniczącym ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Unijne MSZ

Inga Czerny

Rozmowy eurokratów w Brukseli krążą dziś wokół jednego tematu: kto trafi do nowej europejskiej służby dyplomatycznej? Powołuje ten korpus traktat z Lizbony, by realizować unijną dyplomację pod wodzą Wysokiego Przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej. Potrzeba kilku tysięcy osób: kilkuset w Brukseli, a reszty w rozsianych po całym świecie unijnych ambasadach. Powołanie tej quasi instytucji, oficjalnie nazwanej Europejską Służbą Działań Zewnętrznych (ESDZ), było jednym z pierwszych pomysłów Konwentu, jeszcze za czasów Valery’ego Giscarda d’Estaing, który w 2002 r. pracował nad projektem traktatu konstytucyjnego UE. – To bez wątpienia najważniejsza innowacja nowego traktatu: stworzyć tu w Brukseli miejsce, gdzie będziemy budować wspólną kulturę dyplomatyczną, wspólnie uprawiać geopolitykę, zastanawiać się nad stosunkami UE z Rosją, z Afryką czy relacjami transatlantyckimi – tłumaczy Michel Barnier, były komisarz odpowiedzialny za reformę instytucjonalną UE i były szef francuskiej dyplomacji.

Barniera zresztą wymienia się jako kandydata na ministra spraw zagranicznych Unii, czyli owego Wysokiego Przedstawiciela (a także Davida Milibanda, Carla Bildta, Jaapa Hoop de Scheffera i Olli Rehna). Praca będzie pasjonująca, bo unijną dyplomację trzeba tak naprawdę stworzyć od początku. Stanowisko, które dziś zajmuje Javier Solana, jest zaledwie czymś w rodzaju koordynatora czy przedstawiciela 27 ministrów spraw zagranicznych państw UE, z ograniczonym polem manewru i niewielkim budżetem (240 mln euro rocznie). Porównując z 10 mld euro, które rocznie ma do swej dyspozycji Komisja Europejska na rozmaite programy zagraniczne, to naprawdę niewiele.

Wysoki Przedstawiciel ma być jednocześnie wiceszefem KE. Wybrany na pięć lat przez kraje członkowskie będzie dysponował politycznym mandatem oraz tą nową służbą dyplomatyczną. – Ale nie ma mowy o jakimś samolocie albo nowych limuzynach – zapewnia jedna z osób odpowiedzialnych za przygotowanie nowej służby w Radzie. Kraje, płatnicy netto do unijnej kasy, zgodziły się na jej powołanie pod warunkiem, że nie doprowadzi to do wzrostu wydatków UE. Większość członków ESDZ ma być przetransferowana z Komisji Europejskiej (głównie z tzw. Relexu, czyli Dyrekcji Generalnej ds. stosunków zewnętrznych oraz Dyrekcji ds. Rozwoju) i z sekretariatu generalnego Rady UE, gdzie dziś pracują z Javierem Solaną. Szwedzka prezydencja proponuje, by tylko jedna trzecia pracowników ESDZ pochodziła z państw członkowskich (Polska postuluje, by aż połowa). Ci ze stolic mają być zatrudniani na kilkuletnich kontraktach, by zapewnić rotację. Krajowe MSZ już zaczęły rekrutację wśród swych dyplomatów, także minister Radek Sikorski szuka już odpowiednich osób. Najciekawsze będą stanowiska dyrektorów w kluczowych ambasadach UE w Waszyngtonie, Pekinie, Moskwie czy Kabulu. – Polska powinna zawalczyć przynajmniej o kierowanie placówką w Mińsku czy Kijowie – radzi francuski dyplomata. Na Moskwę raczej nie ma co liczyć. Placówki rozdzieli Wysoki Przedstawiciel. Polska chce, aby przy rekrutacji do ESDZ respektować „równowagę geograficzną”. Ale na kwoty narodowe proporcjonalne do wielkości kraju nie ma co liczyć, bo urzędnicy KE traktowani są jako bezpaństwowcy.

Pracownicy ESDZ, w tym krajowi dyplomaci, będą mieć status eurokratów w KE (a ci zarabiają min. 4 tys. euro, mają dodatki rodzinne i emerytalne i niemal zero podatków). Dla unijnej służby dyplomatycznej przewidziano w Brukseli cały budynek im. Karola Wielkiego przy rondzie Schumana. Mieści się dokładnie między siedzibami Rady UE i KE. Zwolnione po Solanie całe piętro zajmie nowy, także powołany w traktacie z Lizbony, przewodniczący Rady Europejskiej (prezydent) wraz z gabinetem. Dla oszczędności odziedziczy po Solanie także samochód z szoferem. Na początek z Wysokim Przedstawicielem będzie w Brukseli pracować kilkaset osób (500–600). Zostaną zatrudnione w wydzielonych, ze względu na tematykę czy region geograficzny, departamentach. Ale zdecydowana większość pracowników ESDZ będzie pracować w delegacji UE w krajach trzecich. Te powstaną w wyniku fuzji już istniejących na świecie 120 przedstawicielstw KE oraz dwóch biur łącznikowych Rady UE w Nowym Jorku i Genewie (do kontaktów z ONZ), gdzie łącznie już dziś pracuje około 5 tys. osób.

Inga Czerny z Brukseli
Autorka jest korepondentką PAP.<