POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 21 (3111) z dnia 2017-05-24; s. 32-33

Społeczeństwo

Marta Mazuś

Obywatel Boguś

Siwy 82-latek stanął na wprost defilujących w Warszawie narodowców. Chwilę później, spacyfikowany przez policję, leżał na chodniku. I tak został bohaterem.

O tym, że jest bohaterem, dowiedział się z internetu. Córka podesłała mu filmik, na którym mógł zobaczyć siebie realizującego akt buntu obywatelskiego. On, czyli – jak wszyscy o nim mówią – Boguś, ciągnięty przez policjantów, podnoszony za ręce i nogi. Spektakularnie to wyglądało, musiał przyznać, choć w ferworze walki w ogóle nie myślał o tym. Nie zauważył nawet, że ktoś to wszystko nagrywa.

To miała być akcja jak każda inna. 29 kwietnia, razem z Obywatelami RP, chciał zrobić blokadę marszu oenerowców. Nie zdążył jednak nawet porządnie usadzić się na skrzyżowaniu ulic Świętokrzyskiej i Nowego Światu ani do końca rozwinąć baneru, gdy capnęło go za kurtkę kilku policjantów.

Kilka godzin później, już przed komputerem w domu, obserwował, jak z każdą godziną rośnie dla niego społeczny podziw mierzony liczbą lajków. Nie mógł się nadziwić, skąd ta sława. Przecież aktywnym Obywatelem RP jest już od ponad roku i wiele razy był już przenoszony, ciągany, przepychany lub zgniatany w tłumie, ale na nikim nie robiło to takiego wrażenia. On sam do takiej nagłej popularności nie ma przekonania. Wolałby sobie dalej po prostu protestować. Ten protest to przecież w skrócie całe jego życie.

Życie Bogusia, rocznik 35, rozpoczęło się na rodowych ziemiach, które jego przodek, jako pańszczyźniany chłop, otrzymał na własność na obrzeżach stolicy. Dziś to środek miasta, ulica Grochowska. Stanęła tam, i stoi nadal, ich rodowa kamienica.

Jego ojciec prowadził sklep. Chrześcijański sklep spożywczo-kolonialny. I mimo że był to pierwszy w okolicy nieżydowski sklep, jego głównymi klientami byli właśnie Żydzi. Biedni byli, kupowali 10 deko cukru albo dwa papierosy, a potem byli jeszcze biedniejsi, bo „musieli ponieść karę za ukrzyżowanie pana Jezusa” – tak mówiła sąsiadka, z której synem Boguś czasem się bawił. Oczywiście w przerwach, gdy nad Warszawą nie latały niemieckie samoloty.

Bo gdy latały, całą rodziną biegli do schronu w piwnicy i tam Bogusiowi upłynęła spora część dzieciństwa. Dopiero po kilku latach, gdy był już starszy, a jego strona miasta została wyzwolona, perspektywa jego wspomnień nieco się poszerzyła. W nieskończoność mógł przesiadywać na dachu, z którego obserwował horyzont palącej się stolicy.

Calutką wojnę spędził w Warszawie. A potem dozorca, który jeszcze do niedawna całował jego ojca chlebodawcę po rękach, i również przez całą wojnę pilnował ich kamienicy, zażądał dla siebie w tej kamienicy mieszkania. W ten właśnie sposób Boguś dowiedział się, co to znaczy, gdy ten, który wcześniej czuł się gorszy, nagle jest w prawie, bo stoi za nim władza.

I to samo myślał sobie o tych fanatycznych chłopcach, tak zafascynowanych wojskowym drylem i dowartościowanych przez obecną władzę, których obserwował, jak pod koniec kwietnia idą przez Warszawę. Sam czytał Szwejka, więc na wojskowy dryl jest uodporniony. Wojny nie pożąda, bo wojnę sam przeżył. Jak więc miał nie zaprotestować przed czymś tak szkodliwym i bezmyślnym zarazem? Ten jego baner, którego na blokadzie marszu nie zdążył do końca rozwinąć, miał napis „Hitler = endek”. Bo w sumie kto inny, jak nie on, najstarszy wśród Obywateli, powinien pokazywać właśnie coś takiego?

Brak wojny dla Bogusia zawsze był wartością najwyższą. Dlatego mimo krzywd rodzinnych, wywłaszczenia z kamienicy, w której obok nich zamieszkali całkiem obcy ludzie, nigdy nie miał żalu do nowej rzeczywistości. Wręcz przeciwnie, stał się tą rzeczywistością szczerze zauroczony. Bo najważniejsze, że nie było wojny, poza tym Warszawa pięknie się odbudowywała. Poza tym jego dziadek, majster stolarstwa giętkiego, zawsze mu powtarzał – władza nie jest od dawania, władza jest od zabierania, a ty rób zawsze to, co tobie wydaje się słuszne.

Słusznym wydało się Bogusiowi, by po skończonym liceum znaleźć dobrą pracę. Przez chwilę pracował przy budowie metra na warszawskiej Pradze, ale za pierwszą pensję ledwo kupił sobie spodnie. I wtedy, w 1953 r., dowiedział się o naborze do górnictwa na Śląsku. Pomyślał, że popracuje trochę, dorobi, a potem wróci spokojnie do warszawskiego metra. Plan był dobry, tyle że niedługo potem budowę metra przerwano.

Z mieszczańskiej Warszawy przeniósł się do robotniczego świata w ówczesnym Stalinogrodzie, czyli Katowicach. Przez pierwsze pół roku jedyne, co robił, to pracował, jadł i spał, a obok niego na piętrowych pryczach w domu młodego górnika chłopaki z całej Polski. Boguś wśród nich uchodził za twardziela – przeżyć wojnę w Warszawie to nie to, co na wsi. Ale i tak – niekończąca się ciemność, cią...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]