POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 38 (2723) z dnia 2009-09-19; s. 24-27

Kraj

Anna Dąbrowska

Oczy i uszy

Co się dzieje od znaczącego politycznego zdarzenia do momentu, kiedy głos w tej sprawie zabiera premier? Słucha zaufanych doradców. Ich pozycja w gabinecie premiera jest różna. I zmienna.

Codziennie do gabinetu premiera schodzi się towarzystwo, nazywane w kancelarii przy Alejach Ujazdowskich okrągłostołowym: Sławomir Nowak, Tomasz Arabski, Igor Ostachowicz, Paweł Graś i Rafał Grupiński. Nie ma znaczenia, co mają napisane na kancelaryjnych wizytówkach. To oni są najściślejszym sztabem.

Rozmawiają codziennie kilka godzin. Grupa kolegów, nazywanych dworem Tuska za czasów, kiedy Platforma pozostawała w opozycji, a oni godzinami debatowali w słynnym pokoju 109 przy ul. Wiejskiej, popijając dobre wino. Dziś ekipa doradców zgodnie naradza się przy okrągłym stoliku, ale wiadomo, że toczy się też między nimi rywalizacja o uznanie premiera.

Do konkurencji nie staje, bo nie musi, Grzegorz Schetyna. Tuskowi imponuje to, jak dobrze radzi sobie z biurokratycznym molochem MSWiA. To z nim najczęściej zamyka się w swoim gabinecie, co bywa przedmiotem zazdrości. Drugą osobą, której premier słucha z uwagą, jest Michał Boni. To superdoradca, który ze swoim zespołem kreśli długofalowe strategie, ma też pokazywać wrażliwe społecznie oblicze premiera. Ale Boni to niejako artysta, do jednostki sił natychmiastowego reagowania nie należy.

Szczególną pozycję obserwatora z zewnątrz ma zaufany od lat człowiek Platformy, specjalista od politycznego marketingu, Maciej Grabowski. Tusk lubi go i ceni jego recenzje, również na temat poczynań swych współpracowników.

Sytuacja w bliskim otoczeniu premiera przez dwa lata dynamicznie się zmieniała. Na początku numerem jeden był Tomasz Arabski, szef kancelarii, rocznik 1968, absolwent Politechniki Gdańskiej. To on ma fizycznie najbliżej do gabinetu premiera. – Rozkład naszych pokoi nie ma tu najmniejszego znaczenia – irytuje się Sławomir Nowak, 35-letni szef gabinetu politycznego premiera, politolog, który w wieku 20 lat założył własną agencję reklamową. Arabski z kolei robił karierę dziennikarską. Obaj grają z premierem w piłkę, ale teraz to Nowak ma wyższe notowania.

I Nowak, i Arabski dobrze zdają sobie sprawę, że są jedynie „ludźmi premiera”. Tusk uważa Nowaka za swoje polityczne dziecko, dymisja oznaczałaby koniec jego kariery, bo w Platformie, przez swój arogancki styl bycia, jest raczej mało lubiany. Arabski, który nie jest nawet posłem, też wypadłby z polityki. Arabskiemu, w przeciwieństwie do szefa gabinetu politycznego, zawsze było bliżej do gdańskich konserwatystów niż do liberałów. To on – zaangażowany działacz katolicki – namówił premiera, by przed wyborami prezydenckimi wziął ślub kościelny. Arabski nie był politykiem. Nowak już jako nastolatek zapisał się do młodzieżówki KLD. Potem trwał przy Tusku. – Kiedy powstawała Platforma, Nowak zrobił dla premiera coś bardzo ważnego. Wyprowadził z UW młodzieżówkę i dlatego wiele rzeczy jest mu dziś wybaczanych – mówi bliski współpracownik premiera.

Tusk zaufał medialnemu doświadczeniu Arabskiego, ale w otoczeniu premiera traktowano go nieufnie. Również Arabowi – jak nazywają go współpracownicy – trudno było się odnaleźć w biurokratycznej machinie, a do mediów zbyt często wyciekały informacje o tym, że w kancelarii panuje bałagan i giną ważne dokumenty. – Do dziś nie wiadomo, kto zgubił pismo od szefa NSZZ Solidarność Janusza Śniadka. Gdy ogłosił w telewizji, że wysłał premierowi list i od kilku tygodni czeka na odpowiedź, Tusk się wściekł, ale nie znalazł się winny – mówi współpracownik premiera.

Dziś Sławomir Nowak, pytany o podział obowiązków przy Alejach Ujazdowskich, odpowiada, nieco umniejszając pozycję szefa kancelarii: – Pan Arabski jest odpowiedzialny za sprawny obieg dokumentów, funkcjonowanie kancelarii, sprawy związane z finalnym podpisaniem przez premiera powoływania czy odwoływania różnych osób w administracji.

Ale tak naprawdę wszystkie sprawy formalne wziął na siebie zastępca Arabskiego – Adam Leszkiewicz. A jego szef jest bardziej doradcą medialnym. Ze zmiennym powodzeniem.

To Arabski autoryzował wywiad premiera w hiszpańskim dzienniku „El Mundo”, w którym Tusk wyjazd do Ameryki Południowej nazwał podróżą życia. Opozycja zaraz mu to wyciągnęła, do tego przez media przetoczyły się zdjęcia premiera w peruwiańskiej czapeczce, a Arabski do dziś pluje sobie w brodę, że zaakceptował tę niefortunność.

Kto na kryzys?

To nie była jedyna wpadka, bo ministrowie z kancelarii, wbrew opinii o supersocjotechnice tego rządu, dość słabo radzą sobie z sytuacjami kryzysowymi. Nikt nie dopilnował, aby premier w czasie ważnych głosowań w Sejmie czy dniu rozruchów podczas eksmisji kupców z warszawskich KDT odpuścił sobie bieganie za piłką po murawie.

Zabrakło też szybkiej reakcji, gdy premier Donald Tusk przyznał w wywiadzie, że w młodości palił marihuanę. Zanim doczekaliśmy się komentarza premiera, politycy PiS cały dzień krzyczeli, że Tusk nie powinien chwalić się zażywaniem narkotyków. Ta sprawa wypłynęła w niedzielę. Tusk weekendy spędza w Trójmieście. Jego przyboczni doradcy nie mają w zwyczaju ratować go w takich sytuacjach. Czekają, aż sam przemówi.

Ale premier ląduje w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]