POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 7

Ludzie i wydarzenia / Kraj

Jan Skórzyński

Od „Bolka” do Lecha

Ogłoszenie ekspertyzy grafologicznej dokumentów z teczki tajnego współpracownika „Bolka” wywołało polityczną i medialną burzę, choć w gruncie rzeczy nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. W zgiełku wypowiadanych przy tej okazji radykalnych sądów zaciera się prawdziwy obraz historii Lecha Wałęsy. Nie da się jej sprowadzić do prostackiej opowieści o agenturze.

Materiały komunistycznej Służby Bezpieczeństwa znalezione w lutym ubiegłego roku w domu generała Kiszczaka, a także znane już wcześniej pojedyncze dokumenty, wskazują, że Lech Wałęsa był na początku lat 70. informatorem SB. Zatrzymany przez tajną milicję jako jeden z przywódców strajku w Stoczni Gdańskiej w grudniu 1970 r. podjął współpracę z SB pod kryptonimem „Bolek”. Miał wówczas 27 lat.

Praca dla bezpieki początkowo miała charakter standardowy – donosy na kolegów ze stoczni, informacje o możliwych aktach niezadowolenia, regularne spotkania z oficerem prowadzącym i pobieranie wynagrodzenia. Wszelako dość szybko w doniesieniach „Bolka” na plan pierwszy wysuwają się skargi na złą organizację pracy w stoczni, na eksploatację pracowników, opisy niezadowolenia robotników z sytuacji w kraju i trudnych warunków życiowych. Nie brakowało też zarzutów pod adresem stoczniowej nomenklatury. Pisemne informacje „Bolka” zaczynają się upodobniać do krytycznych elaboratów, pisanych raczej z myślą o decydentach niż na potrzeby tajnej milicji. Toteż esbecy napominają go, aby nie wstawiał swoich komentarzy, jednak bez skutku. „Wszyscy prawie zdają sobie sprawę, że w telewizji czy prasie ogólnie ładnie się pisze, ale rzeczywistość jest inna” – pisze w 1972 r.

Zmienia się jego nastawienie do współpracy – nie pojawia się na spotkaniach, twierdzi, że nie ma żadnych informacji, bo w stoczni nie dzieje się nic godnego uwagi SB. Przez dwa ostatnie lata nie przekazuje już niczego ważnego. W końcu 1975 r. współpraca z tajną milicją dobiega kresu. W ciągu pięciu pogrudniowych lat Lech Wałęsa z informatora przeistacza się w kontestatora, który sam stanie się obiektem inwigilacji.

Jednocześnie bowiem Wałęsa czuł się przedstawicielem załogi – brał udział w strajkach, domagał się postawienia tablicy pamiątkowej ofiar Grudnia ’70. W rozmowach z kolegami w lipcu 1974 r. twierdził, że ze związków zawodowych trzeba się pozbyć komunistów – „czerwonych pająków”, które dbają tylko o własny interes. Powtórkę protestów grudniowych – dowodził – należy wykorzystać do zbudowania związków na wzór zachodni, gdzie skutecznie występują one w obronie robotników. W lutym 1976 r. podczas oficjalnego zebrania zaatakował CRZZ jako „związki manekinów”, a także Gierka, że oszukał naród i nie dotrzymał obietnic. Miara się przebrała. Kierownictwo Stoczni Gdańskiej pozbyło się krnąbrnego pracownika, zarzucając mu „tendencyjne i złośliwe występowanie publiczne pod adresem Kierownictwa Wydziału oraz organizacji polityczno-społecznych”. Równie negatywnie oceniła go bezpieka, podkreślając, że „w sposób szkalujący zarzucił niewłaściwe postępowanie kierownictwu partyjno-rządowemu”.

Zerwanie z SB Wałęsa potwierdził w czerwcu 1976 r., gdy próbowano odnowić z nim kontakt, spotykając się z kategoryczną odmową. Ponowną próbę podjęto w październiku 1978 r., po przystąpieniu Lecha do Wolnych Związków Zawodowych. Dwaj oficerowie SB odszukali go w bazie transportowej Zrembu, gdzie pracował. Sprowadzony przez kierownika Wałęsa od razu oświadczył, że nie wyrzeknie się działalności w WZZ. Esbecy próbowali go nakłonić do podjęcia współpracy, wspominając dawne kontakty, które miały ułatwić uspokojenie sytuacji po wydarzeniach grudniowych i doprowadzić do załatwienia wielu postulatów robotniczych. Wałęsa odparł, że ocenia tamto zaangażowanie jako swój błąd. Zadeklarował, że jego życiowym celem jest stworzenie związków zawodowych, które będą bronić robotników, czego istniejące związki nie robią. Na zarzut działalności opozycyjnej odparł, że trzeba zapoznawać pracowników z sytuacją w kraju za pomocą pism wydawanych poza cenzurą i rozgłośni zagranicznych, bo przecież władze nie udostępnią do tych celów „Trybuny Ludu” ani Polskiego Radia.

Po tej rozmowie Lech Wałęsa stał się dla Służby Bezpieczeństwa formalnie – i nieodwołalnie – „figurantem”, czyli przeciwnikiem pozostającym pod nadzorem służb (w tym charakterze otrzymał, jakże trafny, kryptonim „Zadra”). Wbrew supozycjom i oskarżeniom płynącym z kręgu jego zapiekłych krytyków żaden dokument ani źródło historyczne nie wskazują, aby jako przywódca Solidarności kiedykolwiek podjął kolaborację z tajną milicją. Co więcej, nie poddał się groźbie ujawnienia przeszłości, czym władze stanu wojennego szantażowały go w 1982 r. Stał na czele ruchu solidarnościowego jako człowiek wolny od uwikłań, podejmujący suwerenne wybory polityczne.

Spór o Wałęsę dotyczy wszelako nie tyle jego przeszłości, ile prowadzonej pod jego egidą polityki. Najistotniejsze etapy tej polityki wyznaczają porozumienie gdańskie, samoograniczająca się rewolucja Solidarności 1980–81, umowa Okrągłego Stołu, wybory czerwcowe, rząd Tadeusza Mazowieckiego. Wszystko to ulega dzisiaj zakwestionowaniu. Cień „Bolka” ma objąć całą polską drogę do wolności, naznaczoną kompromisem i szukaniem porozumienia. Debata o jednym epizodzie z biografii Lecha Wałęsy ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]