Czwartek, 17 maja 2012
W Rwandzie nie ma już Hutu ani Tutsi. Za używanie tych określeń, czyli głoszenie ideologii podziałów, można trafić do więzienia, podobnie jak za krytykę partii rządzącej – Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego (RPF).
Z białego, supernowoczesnego budynku Ośrodka Pamięci o Ludobójstwie roztacza się widok na stolicę kraju Kigali: rdzawe wzgórza, zakurzona zieleń, centrum ze szklanymi wieżowcami i dzielnice małych schludnych domków. Budowa obiektu, mieszczącego między innymi muzeum, archiwa i groby 250 tys. ofiar ludobójstwa z 1994 r., pochłonęła 2 mln dol. W środku automatyczny przewodnik informuje zwiedzających, że „ci, którzy mówią o wiekach konfliktu między Tutsi a Hutu, są w błędzie”. Wymowa wystawy jest jasna – przed przyjazdem Belgów wszyscy Rwandyjczycy mieszkali obok siebie w pokoju i dopiero kolonialne „dziel i rządź” zapoczątkowało proces, który po wielu latach doprowadził do masowych mordów.
Niektórzy koloniści z Europy rzeczywiście mieli obsesję na punkcie etnicznego podziału tego wschodnioafrykańskiego państwa. Przeprowadzono nawet naukową kampanię mierzenia rwandyjskich nosów, która wykazała, że przeciętny nos Tutsi jest o 2,5 mm dłuższy i prawie 5 mm węższy niż nos Hutu. Wysocy i szczupli Tutsi traktowani byli przez Belgów jako rasa panów, niektórzy utrzymywali wręcz, że są to przybysze z kosmosu albo z zatopionej Atlantydy. Większość przychylna była jednak poglądowi podróżnika Johna Speke, który uznał Tutsi za lud biblijny, wywodzący się w prostej linii od Noego. W 1932 r. każdego, kto posiadał więcej niż 10 krów, koloniści zaliczyli do Tutsi (14 proc.), a tych, co mieli ich mniej, do Hutu (85 proc.). Pozostałe 1 proc. stanowiła mniejszość pigmejska Twa. „Od tego momentu rwandyjska jedność zaczęła się rozmywać” – głosi napis w Ośrodku Pamięci.
Wizja narodu, który przez wieki współżył w zgodzie, pasuje wprawdzie do promowanej przez obecny rząd rwandyjskości, ale nie przystaje za bardzo do wersji historii przyjętej na Zachodzie. Choć określenia Tutsi i Hutu oznaczały raczej przynależność ekonomiczną niż etniczną, według „The Cambridge History of Africa” już w XVIII-wiecznej Rwandzie istniał sztywny podział klasowy: „pod koniec okresu prekolonialnego powstał tu najbardziej rozwarstwiony system polityczny w całej Afryce, w którym prestiż, władza i majątek były niemal zmonopolizowane przez kastę Tutsi, Hutu zaś byli ich sługami”.
Na pierwszy rzut oka w Rwandzie nie widać śladów po ludobójstwie sprzed 14 lat, kiedy to w ciągu 100 dni zamordowano około miliona osób. Na polach uprawnych najgęściej zaludnionego kraju Afryki uwijają się ludzie. Drogą Kigali–Gisenyi ciągną zastępy minibusów po brzegi wypełnione pasażerami. W eleganckich centrach handlowych stolicy mieszkańcy robią zakupy, umawiają się na kawę. Życie jednak tylko na pozór wróciło do normalności.
W Rwandzie nie ma psów. Wystarczy przekroczyć granicę z Tanzanią czy Ugandą, a widać je wszędzie. Tu jednak w 1994 r. wszystkie psy zostały wybite, bo zjadały zwłoki ofiar. Strzelali do nich nawet żołnierze ONZ. Czasami tu i ówdzie można znaleźć ślad łapy odciśnięty w betonie, jak ten na podłodze szkółki niedzielnej w Ntaramie, gdzie zamordowano 5 tys. osób. Znak z tych czasów, które Rwandyjczycy nazywają „przed”.
W Ntaramie, podobnie jak w wielu innych miastach, ludzie schowali się w kościele z nadzieją, że tam genocidaires (ludobójcy) ich nie skrzywdzą. Zabójcy najpierw wrzucili do środka granaty, potem weszli z maczetami. Do dziś na ścianie widać ogromną, sczerniałą plamę krwi. Nad wejściem wisi fioletowa szarfa z napisem w Kinyarwanda, języku wspólnym dla wszystkich Hutu, Tutsi i Twa: „Gdybyś mnie znał i znał samego siebie, tobyś mnie nie zabił”. Jak informuje moja przewodniczka, fiolet to w Rwandzie kolor pojednania. Zanim jednak jakiekolwiek pojednanie będzie możliwe, genocidaires muszą stanąć przed sądem, co przy ponad 100 tys. oskarżonych nie jest proste. Sprawy o udział w ludobójstwie rozpatrywane są na trzech poziomach: najpoważniejsze przez międzynarodowy trybunał w tanzańskiej Aruszy, te średniego szczebla przez sądy w Rwandzie. Większość jednak rozstrzygają sądy gacaca, przed które trafiają ci, którzy w ludobójstwie nie odegrali ról kierowniczych. Raz w tygodniu w niemal 10 tys. miejscowości w Rwandzie w sumie 250 tys. wybranych przez lokalną ludność sędziów prowadzi przesłuchania i wydaje wyroki – z dożywociem włącznie.
Sąd ludowy w miasteczku Nyamata działa w każdy czwartek, stał się tu częścią życia do tego stopnia, że w centrum otwarto bar Gacaca. W tutejszym kościele 2,5 tys. osób zginęło w podobny sposób jak w niedalekiej Ntaramie: najpierw granaty, potem maczety i kije wysadzane gwoździami. Teraz przy pokrytej rdzawym pyłem drodze z Kigali grupka więźniów pracuje przy kopaniu rowu. Ubrani są w różowe koszule i krótkie spodenki w tym samym ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]