POLITYKA

Poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 62-64

Historia

Jerzy W. Borejsza

Od Pierwszej do Trzeciej

Jak widzieli nas wrogowie, jakich mieliśmy prawdziwych przyjaciół politycznych? Jak Polacy pojmowali znaczenie niepodległości Polski dla Europy, a jak w różnych czasach widziały to rządy i opinia państw europejskich?

Sprawa niepodległości i kształtu Polski – jako pierwszorzędny problem europejski – zaczyna się w drugiej połowie XVIII w. i kończy w latach 1865–1871. Stereotypy tej sprawy tkwią głęboko w cudzoziemcach, niezmiernie głęboko w samych Polakach. Ale ani w latach 1918–1921, ani w okresie 1939–1945 nie osiągnęła ona już tej rangi co poprzednio. Jedyny okres porównywalny, kiedy sprawy polskie stały się znowu problemem pierwszego planu, przypadł na lata 1980–1981.

Szanse na odzyskanie przez Polskę niepodległości pojawiały się tylko podczas wojen ogólnoeuropejskich: w epoce napoleońskiej i podczas pierwszej wojny światowej. Druga zaczęła się od całkowitej utraty niepodległości, a zakończyła satelicką suwerennością pod protektoratem ZSRR. Po raz pierwszy od 1795 r. bez żadnych działań wojennych i przelewu krwi Polska uzyskała pełną niepodległość w latach 1989–1991.

Polacy od pierwszych prób Sejmu Wielkiego aż po 1989 r. nie byli nigdy w stanie odzyskać niepodległości o własnych siłach. Mit wiary w siły własne umacniał za to polskie poczucie narodowe. Ale jednocześnie, kiedy odwoływano się do bezpowrotnie minionych czasów świetności Pierwszej Rzeczpospolitej, sprzyjano mitotwórstwu i megalomanii narodowej. Granica między pozytywami a negatywami owej nadmiernej wiary we własne siły i możliwości była płynna i zmienna. Wiara owa prowadziła nieraz do straceńczych szarż i z góry przegranych powstań.

W okresie Wiosny Ludów powstańcy z Poznańskiego czy z Galicji mogli liczyć na koniunktury międzynarodowe. Seria rewolucji i wojen lokalnych zdawała się prowadzić ku wojnie powszechnej. Natomiast w 1830 r. i 1863 r. dwa wielkie i bohaterskie zrywy powstańcze były wewnętrznymi improwizacjami polskimi, niezsynchronizowanymi z żadnymi rządami europejskimi, nieliczącymi się z koniunkturami międzynarodowymi. Powstania te wybuchły spontanicznie, żywiołowo, nagle, po części przypadkowo. Niemniej stały się na długo nieodłącznymi częściami panteonu narodowego, wzorcami kształtującymi postawy i charakter narodowy, czynnikami mitotwórczymi, zwłaszcza dla warstw inteligenckich, dla ludności miejskiej.

Na próżno niektórzy myśliciele, pisarze, politycy podejmowali z pokolenia na pokolenie krytykę nieprzygotowanych beznadziejnych powstań, mówiąc o braku racjonalizmu, o morzu krwi przelanej nadaremnie, o szansach, jakie polskości dawało utrzymanie autonomii Królestwa Polskiego powstałego dzięki inicjatywom Aleksandra I, czy o możliwościach stworzenia drugiego – obok Galicji – Piemontu polskiego z ziem Królestwa Polskiego reformowanego przez Aleksandra Wielopolskiego. Na próżno stawiano przykład małego narodu fińskiego rozszerzającego w Imperium Romanowów krok po kroku swoje autonomiczne uprawnienia.

Powstańczość należy od stuleci do nieodłącznych atrybutów polskości. Pierwsze pełne półwiecze bez powstań zbrojnych, choć nie bez mniejszych prób czynnego oporu, Polska przeżyła dopiero po 1944 r. Nawet „noc postyczniowa” 1864–1914 przerwana była masowymi demonstracjami i zbrojnymi starciami rewolucji 1905 r.

Wbrew polskim stereotypom, 150 lat od 1772 do 1919 r. nie utrwaliło w Europie przekonania, że odrodzenie państwa polskiego jest koniecznością dziejową. Lata niemal kompletnego zacisza w sprawie polskiej – 1866–1914, od bitwy pod Sadową do wybuchu I wojny światowej, raczej pogłębiały przekonanie, iż ziemie polskie mogą pozostać podzielone. Różnice i podziały między poszczególnymi dzielnicami dawnej Rzeczpospolitej Polskiej narastały. Było to widoczne i dla zagranicznych obserwatorów. Niewiele dzisiaj wiemy, a często też nie dążymy do uzyskania wiedzy o tym, jak wielu Polaków – od książąt Radziwiłłów po chłopów Dąbrowskich – uległo germanizacji czy rusyfikacji. Nad polską wyobraźnią polityczną ciążą jeszcze schematy, iż polonizacja czy siła polskości są pojęciami pozytywnymi, natomiast germanizacja i rusyfikacja noszą znamiona jednoznacznie negatywne.

Polskie podręczniki historii uwypuklają dzieje oporu wobec obcej przemocy, rozwoju instytucji narodowych, roli Kościoła i religii katolickiej w utrzymaniu polskości, przypominają o nauczaniu języka polskiego, o rozwoju kultury narodowej. Nader rzadko mówi się o asymilacji, akomodacji, kolaboracji, wynarodowieniu, zjawiskach powszechnych w XIX w. Dzieje Polaków w armiach zaborczych nie składały się przede wszystkim z setek oficerów, którzy na czele z Romualdem Trauguttem z armii carskiej przeszli czy uciekli do partyzantki styczniowej. Tysiące Polaków czy Niemców i Rosjan polskiego pochodzenia – żołnierzy, oficerów i generałów – było wiernymi sługami spraw rosyjskich, pruskich, niemieckich. Bez porównania więcej Bartków Zwycięzców musiało walczyć po stronie pruskiej przeciwko Francji w 1870 r. niż w jej obronie. Polscy wojskowi podbijali dla Rosji Bałkany, Kaukaz, Azję. Nie tylko pod przymusem. Często przekonani o słuszności rosyjskich racji i haseł obrony chrześcijan pod jarzmem tureckim, walki z muzułmanami, słowiańskiej wspólnoty i braterstwa broni.

Oto przykładowo niezbyt znany życiorys Polaka – senatora rosyjskiego. Urodził ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]